Miałem piękny sen...
Sen o wolności, prawdziwej wolności. Wolności ducha. Wolności
doskonałej. Śniło mi się, że jestem jak ptak, jak piękny,
śnieżnobiały albatros. Lecę. Lecę rozkoszując się pięknym
światem pod sobą. Wydaje mi się, że mogę wszystko....
Nie mogę nic. Rzeczywistość jest okrutna. Siedzę tu sam,
gdzieś pośrodku pustki... Niczym nie ograniczonej pustki
kosmicznej. Jestem więźniem... Więźniem, jakich wielu... Nie
mam nic. Wszystko, co miałem straciłem na zawsze. Zostało na
Ziemi - domu, który kochałem... Domu, którego chyba nigdy nie
zobaczę... Wszystko przez kilku głupich strażników. Po co
chcieli mnie zatrzymać, po co? Czy aż tak im zależało na głupim
kawałku krzemu? Musieli umrzeć... Jak my wszyscy. Kiedyś w
przyszłości. Przyszłości, która nic nie znaczy... Cóż to
za przyszłość na C23? To tam nas wiozą. Mnie - Steeva, więźnia
numer 23 z bloku A... Mojego partnera, "Małego" z celi
obok, Suz z naprzeciwka... Nas wszystkich... Po co? Po jaką
cholerę? Żeby umrzeć tak daleko od domu? Nie. Żeby zdechnąć
jak pies na pustynnej planecie... Naszym Nowym Domu. Minęło dwa
tygodnie czasu ziemskiego. Ciągle to samo. Gwiazdy, gwiazdy, ciągle
gwiazdy... Nie zniosę tego już więcej. Mam dosyć tego
pieprzonego statku... Strażnicy mówią, że już niedaleko.
Niecałe 2 lata świetlne... Tyle dzieli nas od piekła...
Kolonii karnej z najokrutniejszych koszmarów. Psy są coś
ostatnio nerwowe. Jeden mówił, że tunel jest niestabilny...
Nie wiem, co o tym myśleć. Mówili nam na Ziemi: podróż pewno
ostatnia w waszym parszywym życiu. Pewno tak. Już niedaleko.
Niedługo opuszczę celę. Będę wolnym niewolnikiem C23. A może
nie. Statkiem zaczęło trząść. Od godziny, bez zmian. Teraz
ta poświata od pola energetycznego z zewnątrz. Co jest grane?
Wypadliśmy z tunelu! Coś nas ściąga z kursu! Wybuch...
Kolejny... Dostałem w głowę... To koniec...
...cisza, przerażająca cisza... Zwariować można. Jaka
cholera? Chyba nikogo nie ma. Próbuję wstać. Aaaach, moja
noga! Cała we krwi!!! Na szczęście nic poważnego. Kilka
zadrapań i siniaków. Z ręką gorzej. Rozcięta do kości. Nic
nie poradzę, przynajmniej na razie. Potem pójdę do celi
medycznej, tam coś powinno być. Na razie się rozejrzę...
Zostałem sam. Wszyscy nie żyją. O Boże, co im się stało?!
Mały! Mały! To ja! Steeve! Nieee!!! Cholera! Co to jest? Kto ci
zadał te rany? Facet, ty... Ty nie masz kręgosłupa! Co to za
kryształy? Co się stało?
Pytania, setki pytań i ja sam. Nikt nie przeżył... Znalazłem
tylko strzępki raportów kapitana statku:
"Wpadliśmy w rodzaj anomalii podprzestrzennej. Por. Kreegan
mówi, że to jes[nieczytelne]go.
Boże miej nas w swojej opiece! Ona miała rację! Jesteśmy ściągani
w k[nieczytelne], nie mamy [nieczytelne] To jakaś planeta!
Rozbijemy się!"
Ostatnie słowa człowieka, który miał nas dowieść na
miejsce. Dobrze mu tak. Nigdy go nie lubiłem. Zawsze myślał,
co to nie on. Teraz jest martwy. Podobnie jak ten statek. Nic nie
działa. Spróbuję przywrócić zasilanie - kiedyś byłem dobry
w te klocki. Nie to na nic. Uruchomiłem jedynie windy. Dobre i
to. Kurwa, moja ręka! Całkiem o niej zapomniałem. Trzeba się
przejść do celi medycznej. Pamiętam, że dr Wert miała takie
fajne pianki na rany. Pianki są, ale doktor nie ma. Jeżeli to
jakaś planeta, to może ktoś ocalał? Może wyszli na zewnątrz?
Pójdę, nie mam nic do stracenia. Tam może być niebezpiecznie.
Lepiej poszukam jakiejś broni. Pamiętam, że strażnicy mieli
coś w rodzaju blasterków. Znajdę jednego i ruszam. Niech to
piorun trafi, drzwi nie działają. Pobawię się przewodami. A
nuż się uda. Bzzzzzztrzzz!!
...udało się. Nie wiem ile leżałem. Napięcie jednak jest.
Teraz na dodatek poraziło mnie prądem. Widać, że drzwi nie
ruszę. Spróbuję inaczej. Gdzieś tu powinna być wentylacja...
Jest. Kilka kopniaków i kratka ustąpiła. Teraz prosta droga.
Jestem w środku. Mijam pierwsze pomieszczenie. Wszędzie zwłoki.
Zaraz tam się coś rusza! Widzę wyraźnie! To jest... to nie
jest... Boże, to nie my! Nie ludzie! Mieli rację, nie jesteśmy
sami... Uciekł. Zostawił mnie z umierającym człowiekiem. To
Suzie. Moja mała Suzie. Zanim skonała powiedziała, że obcy
chyba zabili wszystkich... 129 osób... Część zwłok wzięli
ze sobą. Nie daruję im. Poczują karzącą rękę ziemianina.
Minęła godzina, chyba. Zegarek znaleziony przy drugim to
szmelc, ale lepsze to niż nic. Udało mi się dostać do
magazynu. Znalazłem kamizelkę z kelvaru. Przyda się, choć
trochę duża. W kantorku obok leżało kilka flar i latarka.
Przyda się. Statek to kupa złomu. W całości jest jedynie blok
A, siłownia, magazyn sypialnie załogi. Nic tu po mnie, wychodzę
na zewnątrz. Jest! Właz ratunkowy. Na szczęście sprawny.
Jestem na wolności. Piękny widok. Góry. Zupełnie jak Skaliste
gdzie się wychowałem. Gdyby nie okoliczności, wybrałbym się
tu na wakacje. Co ja pierniczę, to obca planeta! I ja sam. Jak
palec. Nie mogę o tym zapominać. Przejdę się trochę. Tam coś
jest. Coś się rusza. Pora wypróbować zabaweczkę psów. Giń
kreaturo piekielna! ...ale echo. Ale ze mnie idiota. Wystawiłem
się jak ostatni zasmarkany harcerzyk. Na szczęście to był
tylko zwierzak. Coś na kształt pieprzonego zająca. A ja wyjebałem
w niego z całej mocy pukawy. Szlag by go trafił. Skąd ja teraz
wytrzasnę doładowanie. Ej, fajne - samo się regeneruje. Ale
wolno. A efekt broni nie powala. Dosłownie i w przenośni. Zgłodniałem.
Z królika zostały ochłapy, ale zjeść zawsze można... Jakieś
jagody... Królik je jadł, ja chyba też mogę. Dobre! Coś jak
truskawki, tylko bardziej orzeźwiające. Nawet siły szybko
wracają. Czas się zbierać. Pójdę zbadać teren. Statek rozbił
się w wąwozie. Z tej strony nic szczególnego, ot kilka palm,
mały stawik, kamienie trawy. Jednak to nie wszystko. Znalazłem
jakąś chatę. W środku coś się pali. Popatrzę sobie z
ukrycia. Chyba nikogo nie ma. Wchodzę. To był błąd. Poczułem
na potylicy siny cios. Ból, jaki mi sprawił poczułem na całym
ciele - od szyi, aż po czubki palców u nóg. Upadłem. Śniło
mi się, że nie jestem sam. Że mam towarzysza. Jak dobrze, to
nie był sen. To był Andros. Wysoki, na oko ponad 1,90. Ubrany
tak jak ja., lecz jakby dostojniej. Uśmiechał się. Przeprosił
mnie za zdzielenie po łbie, mimo że nie robiłem mu wyrzutów.
Wyjaśnił, ze jest w takiej samej sytuacji jak ja. Czyli opłakanej
i beznadziejnej. Postanowiliśmy przeczekać nadchodzącą noc za
skałą obok domku. Minęła spokojnie. Z samego rana, nie budząc
Androsa, wybrałem się na rekonesans. Moim celem było część
wąwozu z drugiej strony statku. Jednak on zauważywszy moją
nieobecność szybko dogonił mnie i podróż kontynuowaliśmy
razem. Dopiero wtedy zauważyłem w jego rękach piękny pistolet
półautomatyczny. Andros szybko wyjaśnił, że zabrał go
naszemu kochanemu kapitanowi. Cóż, takie jest życie. Po
drugiej stronie, rozciągał się przepiękny widok. Wysoki
wodospad, rzeka na dnie, do którego było jakieś 200 metrów i
góry, wszędzie góry. Idąc dalej natknąłem się na krzaki
tych dziwnych jagód. W głębi wąwozu mój towarzysz zobaczył
dziwny kompleks budowli, jakby zatopionych w skale. Zbliżyliśmy
się. W głębi korytarza poruszyło się coś. Tym razem to nie
był głupi królik... ani człowiek. Ja ukryłem się za
drzwiami, ale on nie zdążył. Został zauważony. Odgłos kroków
był coraz bliższy. Nagle ucichł. Ich dźwięk zastąpił świst
rakietek. Trafiły w to miejsce gdzie jeszcze przed chwilą stał
Andros. Na szczęście uskoczył. Zaczęła się walka. Walka śmierć
i życie. Wybiegłem z ukrycia posyłając serię strzałów tam
gdzie jak przypuszczałem, stali oni. Dobrze przypuszczałem.
Seria raniła jednego. Andros zaraz do mnie dołączył. Złączeni
w śmiertelnym tańcu z wrogiem omal nie wpadliśmy w przepaść.
Zdołałem powalić pierwszego. Upadł w konwulsjach. Temu
rannemu skończyła się amunicja. Podobnie jak mi... Dwóch na
jednego. Nie! Dwóch na dwóch... Kolejna kreatura wyłoniła się
z korytarza, posyłając w moją stronę serię pocisków. Siła
wybuchu odrzuciła mnie daleko w tył. Leżałem bezradny...
Zraniona ręka dała o sobie znać. Kątem oka dostrzegłem
Masywną Postać, nacierającą w moją stronę. Nie dobiegła.
Andros spadł na niego jak grom. Jego silne ręce oplotły
napastnika. W śmiertelnym uścisku zanurzyli się w otchłań.
Spadli... Zostałem sam. Żegnaj przyjacielu... Przypomniałem
sobie o tym drugim. Ale on już nie żył. Został zabity, kiedy
ja leżałem. Dziękuję ci Boże... Przeżyłem. Na jak długo?
Nie wiem. Odpoczywałem chyba z godzinę. Moja broń ponownie się
załadowała. Na nic takie siedzenie. Pójdę dalej. Znalazłem
windę. Postanowiłem zjechać w dół. Na niczym mi już nie
zależy. Znalazłem się na dnie. Przy rzece, na brzegu, której
leży Andros z przedstawicielem tej brutalnej rasy. Oddał życie
za mnie... Szlachetny człowiek. Zbiera się na deszcz. Chciałbym
wrócić do tej chaty, ale się boję. Nigdy nie sądziłem, że
będę się bał śmierci. Poszukam schronienia. Jest. Jakaś
jaskinia. Czeka na mnie. Nie, to kopalnia kryształów, tych
samych, co znalazłem przy "Małym". Jestem w środku.
Jeszcze nigdy nie widziałem czegoś takiego. Cudowna gra świateł,
żyły tego minerału na ścianach. Tysiące niebieskich odblasków.
I coś jeszcze. Czuję obecność czegoś innego. To jest za mną!
Odwracając się zobaczyłem przeszywający powietrze pocisk.
Zostałem ugodzony w klatkę piersiową. Kelvar ustąpił. To
koniec.
...mój sen się spełnił. Jestem wolny. Doskonale wolny. Czuję
się jak ptak. Magiczny ptak przemierzający ocean czasu i
przestrzeni. Lecę podziwiając piękno świata. Nikt mi nie
odbierze szczęścia. Nikt...
Fishbone