O wszystkim i niczym, czyli Próba myślenia
Siedzę tak sobie przed tą klawiaturą i myślę, że
trzeba coś w końcu napisać. Zdaje się, że wszystko co wysłałem
Qn'ikowi zostało już w AM zamieszczone a szkoda tak dać sobie
spokój z pisaniem, skoro troszkę (niewiele, bo niewiele, ale
zawsze coś) tego materiału już się ukazało. Mogę zostać
posądzony o uprawianie tandety i manufaktury, ale wierzcie mi,
tego właśnie będę próbował uniknąć. Czego i wam wszystkim
piszącym oraz zajmującym się wszelaką inną pracą twórczą
życzę.
Jest tylko jeden mały problem, nie wiem za bardzo do czego się
przyczepić (jak zwykle zresztą ;). W tle pogrywa mi stary
(niestety, nie zawsze dobry) KAT, za oknem ciemno… Przejrzałem
najnowsze wydanie AM, ale też jakoś nic nie zwróciło mojej
uwagi na dłużej niż pięć minut. Zajrzałem sobie do działu
muzycznego i myślałem, że mnie krew zaleje, bo Eld, no dobra
Bambino de Bodom (sorry, ale muszę to napisać: mało orginalna
ksywka i jakoś tak nie bardzo śmieszna. La Masquerade infernale
wygląda i brzmi dużo lepiej) władował swoje recenzje płyt
black metalowych i tym samym sprawił, że pozostałem troszkę
bezrobotny. Nie zamierzałem dobierać się do jego ulubionej
muzyki, ale przymierzałem się do przedstawienia kilku płyt, które
w mojej prywatnej kolekcji stoją na bardzo wysokich pozycjach.
No i szlag to trafił, bo przecież nie będę robił czegoś, co
zrobił już ktoś przede mną (no, może kiedyś). Nawet jeśli
przedstawione przeze mnie płyty różniłyby się trochę od
tych, które ukazał nam El… eee… eeeep… Bambino (czy mogę
napisać pieszczotliwie: Baby? ;) de Bodom, to i tak jakoś nie
pasowało mi już pisanie czegoś takiego. No i trzeba kombinować
dalej.
Muzyka… muzyka… Co my mamy na tą muzykę? Ciągle mi to po głowie
chodzi, ale nie tylko to (dobra, dobra, nie wnikajcie tak bardzo
co -szczególnie te nieletnie ;). Zacząłem wprawdzie już
dzisiaj pisać kilka własnych opinii na temat muzyki, którą
niektórzy ludzie tworzą na komputerach a potem wysyłają do kącika
scenowego CDA, ale po kilkudziesięciu wyklepanych znakach
wszystko zostało wykasowane. Tak, przyznam szczerze, że
zamierzałem się trochę poznęcać nad tego typu twórczością.
Dlaczego? A tak, dla samej radości i przyjemności z bycia katem
i oprawcą. Jak już wspomniałem, temat porzuciłem, bo jest o
wiele bardziej rozległy niż tylko twórczość czytelników
CDA, czy innych scenowców. Czy tak całkowicie? To znaczy, czy
tak całkowicie porzuciłem? Chyba nie. Przez muzykę mało mnie
krew nie zalała, nad muzyką miałem się znęcać, więc też w
dalszej części tego dowodu grafomaństwa pozostanę przy tym
temacie. Myślę jednak, że nie tylko muzyki będę się czepiał
(juhuuuu, wygląda na to, że jednak czegoś się czepnę !).
Więc (wiem, nie powinno się zaczynać zdania od tego słowa),
żeby nikt nie miał wątpliwości, scenowcem nie jestem, nie byłem
i wątpię, żebym kiedyś nim został. Od jakiegoś czasu jednak
zacząłem zwracać uwagę na pewne produkcje zamieszczane w tymże
kąciku na krążkach CDA. Czytam sobie ten magazyn od ponad dwóch
lat i zdążyłem w tym czasie trochę tego uzbierać. Wiele z
tych cedeków wsadziłem ponownie do napędu tylko po to, żeby
obejrzeć kąciki scenowe. Wiecie, tak jak (mam nadzieję) każdemu,
przestało mi wystarczać granie, zacząłem więc kombinować
nad tworzeniem muzyki. Pominę poziom moich wypocin, bo jeśli
chodzi o muzykę tworzoną przy pomocy komputera, to naprawdę
jestem początkujący. O muzyce jako takiej mam jednak pojęcie i
śmiem sądzić, że wiem co dobre a co kaszanką śmierdzi
(chociaż kaszanka z grilla jest naprawdę smaczna ;). Wiadomo, własne
gusta, chęci i umiejętności to dużo, ale dobrze jest też
wiedzieć co tworzą inni ludzie. No i tak się zaczęło przesłuchiwanie
modów, xm-ów i innych it-eków czy s3m-ów. Przyznam, że moje
uszy natknęły się na kilka naprawdę niepokojąco dobrych kawałków.
Doszło do tego, że zacząłem zadawać sobie pytanie "Jak
ci ludzie to do cholery robią i skąd biorą pomysły?".
Moje radosne nastawienie i ogólnie pozytywny stosunek do tego
typu twórczości zburzyły jednak utwory, które wręcz raniły
uszy i uczucia pokładane w muzyce. Spodziewam się, że zaraz
niektóre jednostki zaczną ostrzyć wszystko, co może służyć
do ćwiartowania ludzkiego ciała, ale i tak się nie boję.
Powiem wprost. Ludzie, wsadzenie jednego, jednostajnego i w żaden
sposób nie zmieniającego się rytmu, dorzucenie do tego kilku
efektów dźwiękowych nie może być nazwane tworzeniem muzyki.
Niestety, poza tymi kilkoma kwiatkami, o których już wspomniałem,
właśnie takie produkcje znalazłem w kąciku zwanym scenowym. Różniły
się od siebie zazwyczaj tylko tempem (to znaczy częstotliwością
z jaką powtarzało się jednostajne łup-łup-łup) i
wmieszanymi w to efektami. A gdzie melodia? Gdzie klimat (jaki by
nie był) ? Gdzie podziało się to coś, co sprawia, że muzyka
budzi w słuchaczu jakieś emocje, skojarzenia? Dobra, przyznam
rację temu, kto powie, że w utworze muzycznym nie zawsze musi
znajdować się jakaś konkretna linia melodyczna. Muzyka jest
jednak pewnym odzwierciedleniem emocji. A jeśli nie
odzwierciedleniem, to przynajmniej coś takiego powinna w człowieku
budzić. Niestety, w produkcjach, które przyszło mi przesłuchać
tego brakowało. Chyba, że emocje ma odzwierciedlać mocne,
basowe łupanie. Rozumiem, że muzyka może być agresywna, może
być mocna, brutalna albo całkiem delikatna i słodka. Żadnej z
tych rzeczy nie mogłem jednak przypisać większości utworów,
które słyszałem.
Przypomniał mi się w tej chwili jeden z tych magicznych utworków,
które wygrzebałem z CDA. Niestety, nie pamiętam kto jest jego
autorem (a szkoda, bo osobiście złożyłbym mu wyrazy uznania i
podziwu), nie pamiętam też z którego numeru naszego ulubionego
magazynu wygrzebałem ten kawałek. Wiem natomiast, że nosi tytuł
"Enemy". Sam tytuł może niezbyt twórczy, ale utwór
jest po prostu rewelacyjny. Czy ktoś z was słyszał muzykę do
gry Kroniki Czarnego Księżyca? Na pewno tak. i co, podobało się?
Właśnie taki jest utwór "Enemy". Wręcz
niewiarygodne jest to, jak bardzo ten kawałek odstaje od większości
CDA-scenowych produkcji. Ma klimat, ma w sobie to magiczne
"coś", co sprawia, że słucha się go chętnie i to
więcej niż jeden raz. Jest jak żywcem wycięty z filmu. Mimo
tego, że nie posiada tego lubianego przez wszystkich rytmu, jest
dynamiczny, jest żywy. Brakuje w nim oszałamiająco
nowoczesnych efektów dźwiękowych, stworzony został w oparciu
o instrumenty klasyczne, ale ma o wiele większego kopa niż te
wszystkie cuda elektroniczne razem wzięte (chociaż sam został
stworzony przy pomocy elektroniki).
Owszem, wśród muzyki typowo elektronicznej też udało mi się
znaleźć kilka ciekawych rzeczy (chociaż prywatnie nie
przepadam za tego typu muzyką). Były to jednak prawdziwe wyjątki.
A reszta? Jak już wspomniałem, jeden rytm, kilka bzyknięć,
jakieś małe bulgotanko i to wszystko. A szkoda, bo muzyka jest
prawdziwą potęgą i przykro jest patrzeć (a raczej słuchać)
gdy jest sprowadzana do takiej płycizny.
Tandeta (wiem, brutalne określenie) trafia się jednak nie tylko
w muzyce tworzonej na sprzęcie domowym i w domowym zaciszu.
Przecież nasi młodzi tfurcy i twórcy są czymś inspirowani. O
ile im można wybaczyć, o tyle na potępienie skazałbym niektórych
ludzi, którzy uważają się za zawodowych muzyków. i żeby nie
było nieporozumień, nie zamierzam dokopywać tylko i wyłącznie
muzyce techno, czy innym odmianom muzyki elektronicznej.
Wystarczy posłuchać tylko tego, co leci w radiu, muzyki zwanej
"popem". Słowo daję, naprawdę zaczynam tęsknić za
latami osiemdziesiątymi. W tamtych czasach muzyka pop była
muzyką pop, disco-to było disco, a metal-to był metal. Jeśli
chodzi o ten ostatni gatunek, to niewiele się zmieniło, pozostałe
jednak… jak by to powiedzieć… po prostu zeszły na psy.
Tandeta taka, że się własną pięścią trzasnąć można. Jak
zwykle i wszędzie, tutaj też są wyjątki. Dlaczego jednak są
one tak nieliczne? Niestety, pomyślałem też o tak bardzo
wielbionym przez niektórych (sie masz ELD? ;) black metalu. Pamiętasz
Bambino jak wyglądała twórczość kapel ze Skandynawii jakieś
dziesięć lat temu? Przecież tego nie dawało się słuchać.
Jeden charczał, drugi walił w kotły najszybciej jak się dało
a reszta szarpała struny bez ładu i składu. Ogólnie panował
jeden wielki bałagan i chaos. Ja wiem, że to ostatnie ta muzyka
miała odzwierciedlać, ale bez przesady, są przecież jakieś
granice dobrego smaku. Ogólnie rzecz biorąc, skandynawski black
metal stał na tak żenująco niskim poziomie, że aż się wyć
chciało. Niestety, dotarło to też do Polski i zaczął się
wysyp młodych, gniewnych satanistów. Kapele rosły jak grzyby
po deszczu. ile z tego przetrwało do dnia dzisiejszego? O ile mi
wiadomo, Christ Agony jeszcze istnieje, ale żeby o nich było aż
tak głośno, to powiedzieć nie mogę. W sumie szkoda, bo oni
akurat rokowali jakieś nadzieje. i tak to jest proszę
szanownego państwa. Kto nie ma nic do powiedzenia, ten tonie w
morzu jemu podobnych i przestaje być jednostką a staje się składnikiem
masy. Stwierdzenie bez sensu? Może, ale ja się z tym nie zgodzę.
W tym celu powrócę do skandynawskiego, black metalowego rynku
muzycznego. Kto słyszał Children of Bodom (cicho Eld, przecież
nie ciebie teraz pytałem ;)? No, ktoś z was na pewno. Od razu,
przy pierwszej ich płycie słychać było, że ci panowie
potrafią grać i wiedzą co z tym zrobić. Nie była jeszcze tak
bardzo dopracowana jak "Hatebreeder", ale pierwsze co
rzucało się na uszy, to rzetelne opanowanie używanych przez
nich instrumentów. Według mnie, obrazą jest nazywanie ich
kapelą black metalową. Te dzieciaki rzucają swoją konkurencję
na kolana. Heavy metal, jak każda muzyka, rządzi się smoimi
prawami, jest kojarzony z szybkością, agresją, brutalnością…
i taka jest muzyka COB, przede wszystkim jednak jest dynamiczna.
Posłuchajcie tylko tych solówek, aranżacji, melodii. Po prostu
raj dla ucha i ducha (a ja jestem z Rzymu, bo piszę do
rymu ;). Założę się, że Mozart, gdyby żył, byłby z nich
dumny. Jestem też pewien, że jeśli będą tak dalej grali, to
nigdy nikt nie powie, że są przeciętni.
Rozpisałem się o muzyce (mógłbym więcej, ale mi się nie
chce ;), ale przecież to jeszcze nie wszystko.
W ostatnim wydaniu AM natknąłem się na tekst napisany przez
niejakiego Darth Toki a komentowany (całkiem udanie zresztą)
przez Troy'a. Tekst dotyczył (a jakże!) SW: TPM. Niech ja zgadnę,
czyj to ulubiony temat ;) ? Tym razem nie zamierzam czepiać się
treści i poglądów autora. Przyznam, że wziąłem go na tapetę
tylko dlatego, że był akurat pod ręką, takich cudeniek widziałem
jednak więcej. Nikt nie wie o co mi chodzi, prawda? Już spieszę
z wyjaśnieniami. Chodzi mi proszę państwa o odkrywanie
sardynek w puszkach. Wciąż nic? Dobra, trochę jaśniej:
objawianie tej jednej i jedynej prawdy. Dokładnie to mam na myśli.
Spotkałem się z tym w wielu tekstach i listach. Autorzy
zazwyczaj pisali "Mam nadzieję, że… sądzę, że…
wiem, że… ukazałem wam prawdę…" lub coś w tym stylu.
Ludzie, panie, panowie, litości. Pominę kwestię Mrocznego
Widma (oj, naprawdę mrocznego ;), ale takie rzeczy zdarzają się
ciągle. Czy wszyscy stracili już resztki samokrytyki? Czy
wszyscy uważacie, że zjedliście całą mądrość wszechświata?
Jak Klocek napisał swój "Art o czytaniu", to jakoś
tego nie było widać. Jest wielu chętnych do tego, żeby pouczać,
sprzeczać się na temat "Co jest lepsze, Virtua Fighter czy
Mortal Kombat" (oczywiście Virtua Fighter ;), ale nikt nie
zadaje sobie wysiłku zastanowienia się nad czymś na poważnie.
Co jest do cholery? Odnoszę wrażenie, że wystarczy napisać
"Zapraszam do polemiki", żeby być szczęśliwym.
A ja nie zapraszam! i co, ktoś zdziwiony? Ludzie i ludziska, AM
nie jest miejscem, w którym należy zgrywać wszechwiedzącego.
Napisać do tego maga może każdy. Qn'ik obiecał, że zamieści
wszystko co dostanie, oczywiście na odpowiedzialność autorów.
{To się trochę zmieniło - Qn`ik} I
dobrze, że tak zrobił, miejmy jednak trochę litości dla
siebie i tych, którzy czytają nasze wypociny. Owszem, każdy może
powiedzieć, że to co w tej chwili piszę jest całkowicie
bzdurne i tandetne. i chwała mu za to, niech tylko poda podstawy
takiej oceny. Wspomniałem art Klocka. Przecież tak naprawdę on
był o niczym. Nie zawierał w sobie żadnej opinii, nie było
tam żadnego konkretnego tematu. Można nawet powiedzieć, że
wyskoczył oszołom, narobił krzyku a to wszystko bez sensu. Czy
na pewno? Otóż nie, bo ten oszołom dał nam coś, nad czym
warto pomyśleć. Ja wiem, że ten proces szkodzi nie wprawionym,
mnie też często potem głowa boli, ale staram się,
przynajmniej trochę.
Założę się, że znajdzie się ktoś, kto powie "Ten gość
zgrywa strasznego mądralę". A ja znów się nie zgodzę.
Dlaczego? Dlatego, że ja nie objawiam nikomu żadnej prawdy,
pewny zwycięstwa i swoich racji nie piszę "Zapraszam do
polemiki". Jedyne co robię, to piszę o tym, o czym myślę,
ewentualnie reaguję na to, co przeczytałem i tylko wykładam swój
punkt widzenia. Czytam AM i staram się zastanowić nad tym, co
tam widzę a widzę, że zaczyna się robić bałagan. Jest sporo
interesujących tekstów, napisanych z głową. Jest też sporo
tekstów kontrowersyjnych. Zobaczyłem jednak wiele takich, przy
których odniosłem wrażenie, że zostały napisane tylko po to,
żeby ksywa autora zaistniała w AM. Ten magazyn daje nam możliwość
zaistnienia, ukazania swoich poglądów i dzięki mu za to.
Wszyscy, których teksty są w nim zamieszczane są jego współtwórcami.
Pamiętajmy o tym. My piszemy, Qn'ik to zamieszcza (albo i nie
;), ale zanim napiszemy, pomyślmy nad tym, co chcemy napisać i
czy warto to pisać. Jak już wspomniał DCPAK (sami sobie
zgadnijcie w którym tekście ;), nie każdy art porusza strunę.
Jeśli jednak już poruszy, to warto jest dobrze się nad nim
zastanowić.
Przyznam się, że ostro namieszałem w tym tekście. Najpierw o
muzyce, teraz o czytaniu, pisaniu, itd. Czy moja klepanina jest
pozbawiona sensu oceni ten, kto przeczyta do końca. To wszystko
o czym wspomniałem (i wiele więcej) jest jednak ze sobą powiązane.
Ludzie, którzy tworzą muzykę są w jakiś sposób w tym
kierunku utalentowani. Jedni mniej, drudzy bardziej, ale jednak.
Jak już wspomniałem, nie wystarczy rzucić kilku dźwięków,
żeby stworzyć coś, co się nazywa muzyką. Dobrze, że ludzie
rozwijają swoje talenty, że czują do czegoś powołanie. Zanim
jednak postanowią ukazać swoje dzieło światu, niech się
zastanowią czy aby nie warto jeszcze nad tym popracować,
doszlifować. A może lepiej poczekać, stworzyć jakiś inny
kawałek, zobaczyć czy nie będzie lepszy? To samo dotyczy
wszystkich innych form publicznego ukazywania się. Nie pisałbym
tego wszystkiego, gdybym nie zauważył, że pewni ludzie chcą
opublikować swoje produkcje tylko po to, żeby potem zobaczyć
gdzieś swoją ksywkę, ale to już pisałem. Owszem, satysfakcja
z tego jest duża, ale przecież nie tylko o to chodzi. Mi osobiście
o wiele większą satysfakcję przyniosło przeczytanie listu, który
dostałem e-mailem po ukazaniu się numeru piątego AM
(pozdrowienia dla autora, Bartka Garguli). Nie chodzi o to, że
autor tego listu zgadzał się z moimi opiniami. Chodzi o to, że
sposób w jaki się wypowiadał był rozsądny i przemyślany.
Mimo tego, że napisał niewiele, widać było, że to co
przeczytał, przeczytał dokładnie i uważnie a przede wszystkim
zastanowił się nad tym.
Tak, strasznie się rozpisałem, ale jakoś tak mnie poniosło.
Mam nadzieję, że ktoś z czytelników znajdzie w tym tekście
coś dla siebie. Nie zapraszam do polemiki, dyskusji i tym
podobnych. Napisałem co myślę i na tym koniec. Jeśli ktoś będzie
chciał się do tego ustosunkować (w taki czy inny sposób),
zrobi to na pewno i nie będzie pytał o zaproszenie. Mam tylko
jedną prośbę, jeśli ktoś chce mnie zbluzgać lub postraszyć,
niech nie marnuje na to miejsca w AM, tylko wali prosto na mój
adres e-mail, który umieszczę pod podpisem. Natomiast, jeśli
ktoś stwierdzi, że w ten sposób (proponując korzystanie z
prywatnej skrzynki) staram się uniknąć krytyki i ośmieszenia
ze strony czytelników bezpośrednio na łamach magazynu, niech
weźmie pod uwagę, że najbardziej (w zasadzie to tylko i wyłącznie)
ośmieszyć się mogłem publikując ten i inne teksty swojego
autorstwa.
Eddie
eddi@GO2.pl