Są płyty do których pomimo upływu lat powraca się z szacunkiem i nostalgią. Ot, chociażby album Sentenced "Amok". Dzieło to wyznaczyło nowe kierunki w metalu i doczekało się setek naśladowców. Kochacie "Amok" prawda? Niestety nikomu nie udało się powtórzyć klimatu tego arcydzieła. Nawet samym twórcom, chociaż ich najnowsza produkcja "Crimson" jest smakowitym kąskiem. Przez pięć lat jakie minęły od czasu wydania "Amok" byłem święcie przekonany, że powodem takiego stanu rzeczy jest brak w szeregach Sentenced genialnego Taneli Jarva, który został wykopany z kapeli po nagraniu MCD "Love & Death". I nie pomyliłem się! Po pięciu latach grzania dupy w saunie Taneli powrócił na scenę ze swoją kapelą The Black League. Zespół to nie byle jaki, bo skupiający gwiazdy fińskiej sceny jak chociażby Sir Luttinena czy Alexi Ranta. Od pierwszych taktów jednak czuć kto tutaj jest najważniejszą postacią. Głos Jarvy hipnotyzuje, zauracza i powala klimatem znanym z "Amok". Podobnie jak sama muzyka. Takie kawałki jak "Deep Waters", "We Die Alone" czy "Avalon" mogłyby się znaleźć na "Amok" i perfekcyjnie pasowałby do koncepcji płyty. Nie oznacza to, że The Black League jest kalką albumu Sentenced. Jarva i jego kumple grają trochę inaczej. Więcej w ich muzyce melancholii, smutku i mroku, a riffy i aranżacje są bardziej rockowe. Posłuchajcie chociażby ballady "The Everlasting - pt.II". Prawda, że wyciska łzy? Z kolei "Ozymandias" oferuje słuchaczowi kilkuminutową podróż po krainie mroku i tajemniczości. "Ichor" to nie tylko album bardzo klimatyczny i emocjonalny, ale także pełen rewelacyjnych partii instrumentalnych. Krótko mówiąc absolutny mus dla osób kochających "Amok" oraz fińskie granie. Taneli wrócił w wielkim stylu i z niecierpliwością oczekuję na luty 2001, kiedy to ukaże się MCD Finów zatytułowany "Doomsday Sun".
Carpathian Forest to w kręgach fanów czarnej muzyki kapela kultowa, choć przecież do tej pory na ich koncie widniał tylko MCD "Through Chasm, Caves And Titan Woods", długograj "Black Shining Leather" oraz split demówek "Bloodlust & Perversion". Mimo to Nattefrost i Nordavind są traktowani przez słuchaczy norweskiego blacku niemal z takim samym szacunkiem jak Fenriz czy Satyr. Zważywszy jednak jak genialne są wspomniane produkcje, nie dziwi mnie to wcale. Z tym większą niecierpliwością oczekiwałem na "Strange Old Brew" będąc niemal przekonany, że Norwegowie (zasileni przez Kobro z In The Woods... oraz Tchorta, który jest znany z Satyricon i Emperor) zafundują nam kawał zajebistego, czystego black metalu nie skażonego słodziutkimi melodyjkami. Nie pomyliłem się, aczkolwiek nie miałem racji w 100%. "Strange Old Brew" to płyta surowa, klasyczna i piękna w swej prostocie, lecz nie genialna. Rzekłbym nierówna. Obok numerów znakomitych, totalnie czarnych i surowych jak "Thanatology", "House Of The Whipcord" czy "Cloak Of Midnight", znajdują się kawałki nużące swym prymitywizmem i nie oryginalnością. Większość z nich słyszeliśmy już na płytach innych tuzów noweskiego blacku. Szczytem beznadziejności jest bonusowy "He's Turning Blue" przy którym wczesne dokonania Gorgoroth są popisem wirtuozeri. Spodziewałem się prawdę mówiąc czegoś więcej, ale jak mówi stare przysłowie "na bezrybiu i rak ryba". CF to jeden z ostatnich bastionów klasycznego black metalu i choćby dlatego warto posłuchać "Strange Old Brew". Polecam zwłaszcza odjechany "House Of The Whipcord" z kurewsko zawiesistym klimatem i... saksofonem!
Rok temu Szwedzi zaskoczyli wszystkich słuchaczy płytą "Projector". Albumem zdecydowanie odbiegającym od ich poprzednich długograjów. Czyste wokale, zwolnienie tempa, kryształowe brzmienie... Zarzucano im od razu pójście na komercję. Wielu fanów odwróciło się od Dark Tranquillity, ale mi "Projector" przypadł do gustu. Przewyższał on zdecydowanie wcześniejsze albumy DT. Tymczasem minęło kilkanaście miesięcy i chłopaki z Gothenburga nagrali "Haven". Niestety od razu muszę stwierdzić, że tym razem jest to dość duże rozczarowanie. Zamiast podążyć szlakiem wyznaczonym przez "Projector", zrobili olbrzymi krok wstecz. Do składu dołączył klawiszowiec Martin Brandstrom i właśnie ten instrument jest najbardziej eksponowany na nowym krążku. Słuchając kompozycji umieszczonych na "Haven" słyszę wyraźnie, że gitary zostały zepchnięte do roli drugoplanowej. Siłę napędową stanowią klawisze i to jest największa bolączka "Haven". Muzyka Dark Tranquillity stała się bezbarwna, jakaś matowa. Utwory mijają jeden za drugim i nawet nie pozostają w pamięci na 15 minut. Wlatują jednym uchem, a wylatują drugim. Na plus można jedynie zapisać wokale Mikaela, który powrócił do charczenia i czysto śpiewa sporadycznie. Hmmm... wydaje mi się, że panowie powinni posłuchać Soilwork. Tam też w składzie figuruje parapeciarz, ale jego instrument oraz sample są schowane za ścianą gitar. Odwrotnie niż w DT. Miejmy nadzieję, że Szwedzi pójdą po rozum do głowy i kolejny album będzie bardziej przypominał "Projector" niż słaby "Haven". Aby jednak nie zjechać do końca "Haven" przyznam, że jest to płyta bardzo nowoczesna i tym, którzy lubują się w klawiszach, powinna się spodobać.
Jeden z lepszych debiutantów roku 1999 nie kazał czekać fanom na nowego długograja. W rok po ukazaniu się "Forever Blasphemy" Szwedzi przystępują do drugiego ataku o wdzięcznym tytule "The Pestilent Plague". Debiut In Aeternum na własny użytek określałem jako wypadkową twórczości Dissection i Soulreaper (aczkolwiek "Written In Blood" powstało później niż "Forever Blasphemy"). Taki brutalny death metal w stylu amerykańskim, ale nie pozbawiony szwedzkiej finezji. Drugi album pokazuje nam jednak, że Szwedzi grają po swojemu. Zapożyczeń od Dissection tutaj zdecydowanie mniej (a w zasadzie zupełnie ich nie ma), a całość aż kipi od brutalnego grzańska na amerykańską modłę. Chłopaki zwolnili nieco tempo, ale ich numery nabrały jeszcze większej ciężkości. W zasadzie nie ma co się rozwodzić nad "The Pestilent Plague". Obok wspomnianego Soureaper bohaterowie tej recenzji grają najlepszy amerykański death metal w Skandynawii. Jeśli lubicie takie granie, to sięgnijcie po "The Pestilent Plague", a mi pozostaje przytoczyć tekst z okładki tej płyty: "If You don't enjoy this record, fuck off and die!"
Co jest do ciężkiej cholery? Takie pytanie zadałem sobie po pierwszym przesłuchaniu trzeciego długograja Runemagick. Twórcy dobrego "The Supreme Force Of Eternity" i zajebistego "Enter The Realms Of Death", tym razem dali porządnie dupy. W rok po naprawdę doskonałym "Enter The..." nagrali totalnie beznadziejnego nudnego gniota. W zasadzie to mam wobec tej płyty tylko lub aż trzy zarzuty. Pierwszy to tempo kompozycji. Utwory dzielą się na wooolne i cholernie wooolne, co w rezultacie sprowadza się do tego, że są potwornie nudne. Pan Rudolfsson (dla przypomnienia gra także w Swordmaster, Deathwitch i Sacramentum) nazywa swoją muzykę Dark Death Metalem, a jak dla mnie jest to zwyczajnie nudy, wolny walec deathowy trochę przypominający ostatnie podrygi sławetnego Grave. Drugi zarzut to struktura kawałków i aranżacje. Dlaczego są one tak do siebie podobne i prymitywne? I wreszcie trzeci zarzut to brzmienie. "Resurrection In Blood" to najgorsza chyba produkcja jaka wyszła spod ręki Andy La Rocque. Brzmi ona o klasę gorzej niż jej poprzedniczka. I to wszystko co chciałem napisać o tej płycie. Po co pisac o czymś przy czym się zasypia?
Jak być może już wiecie w grudniu ITW... oficjalnie przestaje istnieć! Kolejny wspaniały zespół przestaje istnieć. Na otarcie cisnących się do oczu łez wytwórnia Prophecy postanowiła wydać na srebrnym krążku utwory, które wcześniej ukazały się na trzech winylowych siedmiocalówkach: "Epitaph", "Let There Be More Light" i "White Rabbit". Nie tylko z tego powodu trudno jest uznawać "Three Times..." za prawdziwy album. Cztery kawałki to covery (King Crimson, Syd Barret, Pink Floyd oraz Jeferson Airplane), jest również akustyczne intro "Seed Of Sound" oraz psychodeliczny "Sountrax For Cycoz". Zatem w zasadzie na "Three Times..." znajdują się cztery w pełni wartościowe kompozycje ITW... Nie myślcie jednak, że macie do czynienia z jakimś gównem! Pomimo, iż materiał był nagrywany na przestrzeni aż trzech lat (maj '96 - kwiecień '99) i są to tak wydawać by się mogło zróżnicowane kawałki, to całość brzmi spójnie. Nawet covery sprawiają wrażenie jakby były autorstwa ITW... W zasadzie trudno powiedzieć dlaczego ta płyta mi się aż tak bardzo podoba. Nie ma w niej ani krzty czegoś odkrywczego. Utwory z "Three Times..." cuchną na odległość "Omnio" i "Strange In Stereo". I być może w tym tkwi haczyk? Pożegnalny album ITW... zniewala swym pięknem, poraża melancholią i smutkiem wydobywającym się z każdego muśnięcia strun gitary, hipnotyzuje głosem wokalistów... Każda płyta ITW... była czymś wyjątkowym, odkrywczym, jednym wielkim tajemniczym klimatem. "Three Times..." jest wspaniałym prawie pośmiertnym epitafium. Sięgnijcie po ten krążek i po raz ostatni wejdźcie do enigmatycznego lasu...
Słucham tej płyty od trzech tygodni i nadal nie wiem co o niej sądzić? Zawsze wielbiłem Enslaved za oryginalność, za swój własny niepowtarzalny styl, za to że nigdy nie nagrali słabego krążka. Tymczasem "Mardraum" jest... dziwny! Tak, to chyba odpowiednie słowo. Niewiele ma wspólnego z poprzednimi albumami i nie jest też oryginalna. Większość zagrywek słyszałem już na setkach innych płyt. Im więcej się jednak "Mardraum" słucha i kiedy się przestaje myśleć o tym, że jest to Enslaved, tym częściej się człowiek łapie na tym, iż nie jest to zły długograj. Od pierwszego przesłuchania słychać wyraźne wpływy death metalu. Można chyba nawet rzec, że ten gatunek dominuje na "Mardraum". Gdzie niegdzie słychać mimo wszystko również stary Enslaved i to cieszy. Muzyka jest brutalna, surowa i cholernie techniczna. Praca pałkera Dirge Repa oraz większość riffów i solówek budzi mój niekłamany podziw. Chwilami Dirge Rep niemal dorównuje najlepszym jak chociażby Hellhammer czy Trym. Natomiast solówki Rona świdrują mózg swoim surowym brzmieniem. Interesująco przedstawia się warstwa wokalna "Mardraum". Nadal wiodącą rolę odgrywają wrzaski oraz czysty śpiew Grutle, ale tym razem mocno udzielają się Ivar i Ron. Wychodzi z tego w sumie niezły pasztet. Opętańcze blackowe wrzaski, niemal deathowy brutalny growling i wspaniały czysty śpiew. Dodajcie do tego bardzo zróżnicowane tempo kompozycji, a już chyba będziecie wiedzieć jak dziwna jest to płyta. Niektóre kawałki wloką się niemiłosiernie w ślimaczym tempie (vide "Entrance-Escape"), a inne pędzą do przodu w imponującym ("Daudningekvida"). Kurcze naprawdę nie wiem czy ja kocham "Mardraum" czy też nienawidzę. Gdyby nie te niektóre zagrywki znane mi z innych wydawnictw, a szczególnie te kilka riffów a'la Immortal. Ale jest jak jest, a więc... osiem oczek.
Ajaj! Niech ktoś mi powie, że rok 2k nie należy do polskiej sceny na polu death metalu, a dostanie strzała w zęby. W tym roku świat już się przekonał o klasie Decapitated, Yattering czy Vader. Te albumu ukazały się pierwszym półroczu, a w drugim hitem wydaje się być trzecie wydawnictwo elbląskiego kwartetu Trauma. Jedna ze starszych (pierwsze demo jeszcze pod nazwą Thanatos powstało w 1988) i bardziej szanowanych zespołów naszej sceny nagrał znakomity materiał. Po pierwsze jest muzyka bardzo techniczna. Z uśmiechem na mordzie słucha się tych wszystkich skomplikowanych riffów, wpadającyh w ucho solówek i zaskakujących zmian tempa utworów. Pan Misterkiewicz zna się na swoim instrumencie, choć trzeba obiektywnie przyznać iż praca sekcji rytmicznej nie jest wcale gorsza. Według mnie perkusista Mały to w tej chwili jeden z najlepszych bębniarzy w naszej ojczyźnie. Po drugie ważną rolę na "Suffocated In Slumber" odgrywają linie wokalne. Dodajmy zróżnicowane. Nie jest to tylko i wyłącznie typowy growling. Wokalista próbuje eksperymentować. Raz jego głos przechodzi w skrzek, innym razem (np. w "A Deep Scar") usłyszymy bardzo interesujące czyste wokale. Po trzecie album został opatrzony znakomitą produkcją i brzmieniem. Trauma zawitała do białostockiego studia Hertz i naprawdę brzmienie jest potężne. Bardzo interesująco słychać w kilku fragmentach bass, dawno już nie słyszałem tak intrygująco nagłośnionej gitary basowej. Te trzy wymienione przeze mnie czynniki składają się w sumie na znakomity album. Technika, brutalność, zróżnicowane kawałki - czy coś więcej wymaga się od death metalu? Dla mnie osobiście numer drugi w Polsce po Decapitated.
Różnie układają się losy niektórych kapel. Weźmy chociażby włoski Sadist. Nagrany w 1993 roku debiut "Above The Light" sprawił, że przed Sadist świat padł na kolana. Później jednak o Włochach przycichło, bowiem ani "Crust", ani "Tribe" nie należały do jakiś arcydzieł. Mamy jednak rok 2000 i nową płytę o dość dziwnym tytule "Lego". Równie niesamowita jak tytuł jest okładka wydawnictwa, ale w przypadku muzyki bardziej liczy się to co jest wytłoczone na srebrnym krążku niż opakowanie. Twórczość Sadist na "Lego" myślę, że można określić jako... hmmm... może "zbereźny metal"? Albo "zbereźny hard rock". Wszystko w muzyce Włochów obraca się dookoła seksu. Począwszy od okładki, poprzez teksty, aż do głosu wokalisty Trevora. Ten koleś zawodzi nieraz tak jakby przed chwilą miał orgazm. Jednak Trevor potrafi również nieźle zaryczeć. Podobna jest sama muzyka Sadist. Główną rolę nadal odgrywa gitarzysta i klawiszowiec Tommy. Dźwięki powstałe w jego chorej wyobraźni są wypadkową wielu gatunków muzycznych. Nie myślcie jednak przypadkiem, że są to kawałki jakie serwują nam chociażby Fleurety czy Solefald. Sadist oferuje słuchaczowi coś bardziej przystępnego, delikatnego, pozbawionego chłodu. Mimo to Włosi grają muzykę pokręconą w czym spora zasługa niesamowitych partii klawiszy i sampli. W sumie "Lego" podoba mi się, ale mam poważne zastrzeżenia co do struktury utworów. Prawie wszystkie mają podobny schemat zwrotka (wokal + podkład klawiszy i sekcja) - refren (wchodzą gitary). I tak przez większość kawałków. Drugi mój zarzut to ilość seksu. Chyba trochę makaroniarze przesadzili.
Pierwsza płyta Grief Of Emerald zatytułowany "Nightspawn" jest przez wielu uznawany za najlepszy debiut 1998 roku. Minęły dwa latka i Szwedzi powrócili z drugim albumem. Powiedzmy od razu, że lepszym i potężniejszym. Czy potraficie sobie wyobrazić mieszankę Dimmu Borgir z Dissection i Morbid Angel? Ciężka sprawa, a właśnie tak gra GOE. Klawisze grają melodie znane z twórczości DB, wokal też mocno kojarzy się z Norwegami, a riffy gitar choć zbliżone do twórczości wcześniej wymienionych, to jednak nawiązują częściej do Dissection i death metalu. Brzmienie też jest wyraźnie death metalowe, a i tempo kompozycji z rzadka wpada w szybkości blackowe. W rezultacie wychodzi dziwna kompilacja dźwięków, które jednak trzymają się kupy i dają porządnego kopniaka. "Malformed Seed" to osiem brutalnych black/deatowych kawałków, które powinniście posłuchać, bo tą płytą Grief Of Emerald udowodnił, że należy się im miejsce na panteonie skandynawskiej sceny. Mają chłopaki swój styl i zdecydowanie wyróżniają się spośród tego całego motłochu. Z niecierpliwością oczekuję na trzeci długograj.
Cradle Of Flith "Midian" 5CD '00 Music For Nations/MMP
Mogą odetchnąć wreszcie z ulgą wszyscy fani kredek. Po bardzo długim milczeniu Dani i jego weseli towarzysze nagrali nowy album. Krążek na który czekali również krytycy i statystycy. Ci pierwsi, aby zjechać lub wychwalać pod niebiosa "Midian", a drudzy zacierają ręce na myśl o nowym rekordzie sprzedaży na poletku black metalu. Tak czy inaczej koło kredek nie można przejść obojętnie. Można rzucać w Daniego błotem, że to pieprzony pozer, ale trzeba przyznać iż Anglicy mają własny styl i... za to trzeba ich szanować. O "Midian" wiele napisać się nie da. Jest to bezwątpienia najlepsza ich płyta, ale też i niezbyt nowatorska. Praktycznie nic się nie zmieniło poza brzmieniem i lepszą techniką muzyków. Reszta bez zmian. Dani dalej piszczy jak kastrat, gęsto słychać kobiecy głos, klawisze nadal odgrywają wiodącą rolę etc. Mimo to słucha się "Midian" bardzo dobrze. Duża w tym zasługa nowych muzyków, czyli Adriana (ex-At The Gates, Grotesque i The Haunted) oraz Martina Powella (ex-My Dying Bride i Anathema). Ten pierwszy czaruje swa techniką walenia w gary nieustannie od ponad 10 lat, więc komentarz jest zbędny. Natomiast Martin udowadnia, że w szeregach Anathemy marnował swój talent. Tam tylko wykonywał polecenia, a na "Midian" w pełni rozkwita jego geniusz. Partie klawiszy raz brzmią jak bombastyczny średniowieczny klafesyn, kiedy indziej typowo wamiprycznie jak z kiczowatego horroru, a nie raz zamieniają się w monumentalne partie fortepianu. Brzmienie o czym już wspomniałem uległo przeobrażeniu in plus. Jest o wiele cięższe i masywniejsze. Nie spodziwałem się aż tak dobrej płyty po kredkach. Chyba statystycy odnotują ten swój rekord sprzedaży...
Gardenian "Sindustries" 3CD '00 Nuclear Blast/Mystic
Z dużą niecierpliwością oczekiwałem na ten krążek, jako że poprzedni album Szwedów "Soulburner" jest jednym z moich ulubionych albumów roku '99. Minął roczek i Gardenian udał się do Abyss Studio, aby nagrać z Piotrkiem Tagtgrenem "Sindustries". Jest to o tyle zaskakujące, że wcześniej tak jak przystało na rasowych "gothenburczyków" nagrywali w Fredman. W dodatku chłopaki zaczęli rozpowiadać, że kończą z graniem słodkich ballad i biorą się za ostrą muzykę. Jaki jest tego efekt? Ano taki, że Gardenian rocznik 2k bardziej przypomina Pain czy Hypocrisy niż Gardeniana z czasów "Soulburner" czy "Two Feet Stand". Kurewsko ciężkie, lecz klarowne brzmienie, średnie tempa, perkusja która bębni tak jakby to grał Lars Szoke i riffy do złudzenia przypominając te wymyślane przez Piotrka Tagtgrena. Dopiero po kilkunastu przesłuchaniach człowiek przyzwyczaja się do tego grania i zaczyna... lubić "Sindustries". Im więcej słucham tego albumu, tym bardziej mi się podoba. Ten krążek kopie! Dobrze połączono nowoczesne zagrywki z brutalnym, drapieżnym brzmieniem i ciekawymi, zróżnicowanymi wokalizami. Tym razem wszystkimi liniami wokalnymi zajął się Jim Kjell i wyszło to Gardenianowi na zdrowie. Raz ryczy on już typowym dla sibie growlingiem, zaraz potem śpiewa wspaniałym czystym, silnym głosem, kiedy indziej wydziera się jak Anders z In Flames, a sporadycznie wokal jest przepuszczony przez jakieś maszynki. Facet ma naprawdę spory potencjał. Nie sposób nie śpiewać razem z nim takich kawałków jak "Long Snap To Zero", "Sonic Death Monkey" czy "Funeral". No właśnie doszliśmy do śpiewania utworów i to jest kolejna zaleta "Sindustries". Płyta ta jest mimo wszystko bardzo melodyjna. Nie wiem jak to się dzieje, ale przy tej swojej całej brutalności i agresji mamy do czynienia z muzyką nie mniej melodyjną niż "Clayman" In Flames. Warto również wspomnieć o sporej ilości akustycznych wstawek autorstwa Larsa Szoke, które dodają fantastycznego klimatu chociażby kończącemu album "Funeral" czy rozpoczynającemu "Selfproclaimed Messiah". Przesłuchałem tej płyty z jakieś sto razy i cholernie mi się podoba, choć z początku wyceniałem ją na 5 czy 6 oczek. W zasadzie mam tylko pewne zastrzeżenia co do długości "Sindustries". Trwa aż 65 minut i przynajmniej na początku denerwowały mnie ciągnące się w nieskończoność utwory. Gdyby skrócić każdy z nich o 2 minuty, to ocena byłaby jeszcze wyższa.
Forlorn "Opus III: Ad Caelestis Res" 2CD '00 Napalm/Mystic
Długo przyszło nam czekać na drugi pełnoczasowy album norweskiego Forlorn. Minęły bodajże dwa lata od wydania "The Crystal Palace". Czas jednak nie poszedł jednak na marne, bo "Ad Caelestis Res" to krążek bardzo dojrzały, bardzo epicki i zdecydowanie mocniejszy od debiutu. Także zróżnicowany. Szybkie blackowe partie ze wściekłym wokalem przeplatają się z podniosłymi, epickimi, wolniejszymi i melodyjnymi partiami z czystym śpiewem. Nie brak na "Ad Caelestis Res" również fragmentów gdzie siłę napędową stanowią klawisze zabarwione folkiem. Muzycznie Forlorn wznosi się na wyżyny i jest to z pewnością jeden z najlepszych krążków jakie ukazały się w tym roku, ale niestety produkcja pozostawia wiele do życzenia. Wiem, że nie każdego stać na wynajęcie Abyss czy Los Angered, ale myślę że Forlorn mógł zawitać do nadwornego studia Napalm Records, czyli Sound Suite. Przecież ostatnie płyty Obtained Enslavment czy Tristania brzmią zajebiście. A tak to wypada tylko żałować, że "Ad Caelestis Res" nie brzmi krystalicznie czysto. Pomijając jednak ten drobiazg należy stwierdzić, że Forlorn wielki jest! Posłuchajcie, bo warto.
© Eld
Masterful Maga'zine
www.masterful.art.pl