Kiedyś, żeby oderwać się od rzeczywistości ludzie czytali książki.
Wyzwalały niesamowite emocje, przenosiły do różnych mniej lub bardziej dziwnych
światów. Pozwalały poznawać ludzi, zaprzyjaźniać się z nimi, czasami nawet patrzeć
jak umierają. W dzisiejszych czasach, mimo tego, że drukowane wciąż dobrze się czuje,
ludzie (przede wszystkim młodzi) wybierają inny sposób na przeżycie niesamowitych
przygód. Wciskamy "power", wrzucamy płytkę, trzy, dwa, jeden… następuje
teleportacja. Witamy w nowym świecie.
Chyba już raz wspominałem o tym, że nie cierpię pisać wstępów? To dobrze, nie
będę musiał tego robić po raz drugi. Obiecałem sobie po cichu., że teksty, które
będę pisał do AM nie będą miały nic wspólnego z komputerami. Łamałem głowę,
kombinowałem jak koń pod górę I nic. Prawie bez przerwy powtarzałem sobie:
"Żadnych komputerów, żadnych komputerów…". Figa, nie wyszło. Fakt, że
mój pierwszy tekst, który został zamieszczony w AM dotyczył nie tyle samych skrzynek,
co Ich użytkowników. Mimo to, związek z tym sprzętem pozostał. Myślę, że tym razem
będzie podobnie.
W zasadzie, przede wszystkim interesują mnie w tej chwili światy. Światy
półprzewodników, zer i jedynek, światy skomplikowanych algorytmów, które my widzimy
w postaci pięknych miast, lasów, puszczy czy też złowrogich zamczysk.
Nie ma co ukrywać, w naszych czasach człowiek, który nie potrafi posługiwać się
blaszakiem traktowany jest z niemal podobną czcią, co analfabeta. I nie piszę tego po
to, żeby się naśmiewać z ludzi, którzy wiedzą tylko gdzie na obudowie mieści się
przycisk "power". Tak po prostu wygląda smutna prawda. Jeszcze nie tak dawno
temu bez blaszaka można było żyć. Można było bez niego pracować. Nawet samochód w
garażu nie robił takiego wrażenia jak komputer w domu. Symbol wyższej, lepiej
rozwiniętej cywilizacji. Symbol świata, który leżał tysiące lat świetlnych za…
zachodnią granicą. Zapewne co niektórzy z was będą krzyczeć, że brednie piszę, bo
w Polsce też były komputery. Nie wątpię, że wielu z was jeszcze za czasów kredytów
dla młodych małżeństw wiedziało do czego służy ta mała, piekielna maszynka. Ja
jednak zobaczyłem to dziwne coś dopiero pod koniec lat osiemdziesiątych a nawet na
początku dziewięćdziesiątych, gdy wyjechałem za granicę. I niech mi się ziemia pod
nogami rozstąpi, jeśli nie uważałem wtedy AMIGI 500 za boga przestworzy (dam sobie
paznokieć uciąć, że wielu do tej pory za takiego uważa to małe cudeńko ;).
Pamiętam jeszcze, jak jako mały dzieciak oglądałem w telewizji program, w którym
uczyli programowania w języku… nie chciałbym się pomylić, ale to był chyba Basic,
tak mi się przynajmniej wydaje. Dla mnie to była wtedy czarna magia. Jak usłyszałem o
myszy, to nie bardzo wiedziałem, czy panu redaktorowi się przypadkiem na mózgownicę
nie rzuca, bo ja tam na ekranie żadnego szarego, piskliwego paskudztwa wypatrzeć nie
mogłem. Nie biega jednak o to, czy I kiedy w Polsce były komputery.
Teraz migoczące monitory, szumiące wiatraczki na procesorach i złowrogo skrzypiące
"twardziele" są obecne niemal wszędzie. Sklep, poczta (a tak, nawet tam :),
stacja kolejowa… dobrze, że babcie klozetowe laptopów na kolanach nie trzymają i nie
klepią ciągle w klozet-chatroomie. Powiedzcie mi teraz: jak w takich warunkach można
napisać coś, co nie ma związku z tym szarym, szumiącym (nie, nie chodzi mi o papier
toaletowy w trakcie rozwijania :)… sprzętem? Starałem się, naprawdę…
Dożyliśmy czasów, w których najlepszy (?) przyjaciel młodego człowieka jest w stanie
pokazać mu światy, o których mu się nawet nie śniło. To małe, szare coś jest w
stanie z najgorszego nieudacznika fizycznego zrobić zabójcę co najmniej tak skutecznego
jak Terminator. Dzięki tym cudownym urządzeniom spotykamy ludzi, których wygląd
kojarzył nam się do tej pory tylko I wyłącznie ze skutkami wojny nuklearnej. I tylko
my decydujemy o tym, co chcemy danego dnia pozwiedzać. Czy to nie jest piękne? Siadamy
przed monitorem I na dowolną ilość czasu możemy się przenieść do miejsc, których w
rzeczywistości nigdy ludzkie oczy nie widziały.
Zamierzałem w tej chwili napisać o roli, którą do czasu nastania ery PC' tów
spełniały książki. W sumie, historie drukowane na papierze potrafią wciągnąć tak
samo jak gry komputerowe. Z tym się chyba każdy zgodzi, prawda? Nie o to mi jednak
chodzi. Jeśli ktoś przeczytał w swoim życiu kilka naprawdę dobrych książek, to wie
jak trudno jest się oderwać od tego czarne-na-białym.
Co w takim razie miał poeta na myśli, gdy myślał, że nie myśli?
To jest najtrudniejsza część zadania.
Sądzę, że po naszym pięknym kraju kręci się niewielu graczy, którzy nie widzieli
filmu Matrix. Niech no ja sobie przypomnę, z czym my tam mieliśmy do czynienia? Pominę
fabułę I przesłanie (w zasadzie, kilka przesłań). Czy nie mieliśmy tam do czynienia
z dwoma światami, które istniały równolegle obok siebie? Coś mi się wydaje, że tak
właśnie było. Jeden świat, to szara, wręcz czarna i brudna rzeczywistość. Drugi
świat, to wizja niemal utopijna. Ludzie pracują, chodzą do restauracji, klubów,
ogólnie są zadowoleni I szczęśliwi. A że jeden z nich był sztuczny, stworzony przez
komputery, co z tego?
Dwa światy, pomiędzy którymi, przy użyciu odpowiedniego sprzętu można było się
przemieszczać dowolną ilość razy. I niech mi się teraz nikt nie czepia, że agenci i
tak dalej, bo ja stronę fabularną na bok odstawiam.
Z szarej, brudnej rzeczywistości, w której zamiast whiskey piło się bimber pędzony na
oleju napędowym można było się przenieść do świata czystego, spokojnego. To jednak
jeszcze mało. Nie dość jednak na tym, że z jednego świata można było przenieść
się do drugiego. Co to za zabawa, gdy w obydwu światach jest się cienkim Bolkiem?
Wystarczyło kilka odpowiednich programów i okazało się, że przy osobniku
zamierzającym spędzić trochę czasu w ciekawszej rzeczywistości Bruce Lee to ostatni
leszcz a Schwarzenegger ze swoim minigunem może iść najwyżej wiewiórki straszyć. I
co, jest nieźle, nie? Teraz można pobawić się w bohatera. Potem, jakby co, dajemy nura
do własnego, rzeczywistego świata i tyle nam mogą narobić.
Czy jest ktoś, kto po obejrzeniu tego filmu nie ciągał szczęki po podłodze? Wydaje mi
się, że nie. Natomiast, jeśli tacy są, to proponuję obejrzeć ten film jeszcze raz,
ale najpierw włączyć sobie funkcję "myśleć" (słowo daję, czasami się
przydaje, sprawdzałem ;).
Od razu zastrzegam, że ciężko się wkurzę jak mi ktoś teraz powie (czy później
napisze), że sobie jaja z takiego filmu i tych, którzy go oglądali robię. Mam jednak
nadzieję, że wszystko okaże się jasne na końcu tego tekstu.
Czy po wyjściu z kina nie mieliście trochę dziwnego spojrzenia na otaczający was
świat? Ja, jak się oparłem o przystanek autobusowy, to przez pierwszą chwilę
zacząłem się zastanawiać, czy przez niego nie przefrunę. Przyznam szczerze, byłem
oszołomiony i zakręcony jak byk na lodzie. Co mi przez głowę przelatywało, to już
nawet nie pamiętam. Utkwiło mi tylko jedno w pamięci. Zadałem sobie pytanie: A jeśli
tak jest lub może być naprawdę? Ciekawe ilu z was zadało sobie identyczne lub podobne
pytanie? Mnie to naprawdę zastanowiło. Muszę się przyznać również do tego, że na
krótki czas ten film po prostu rozwalił mój światopogląd. Przecież nie musi być
dosłownie I dokładnie tak, jak w Matrixie, jest przecież wiele innych możliwości,
przynajmniej teoretycznie. Przynajmniej na razie…
Niedawno, w którymś z ostatnich numerów CDA mieliśmy okazję przeczytać krótki
artykuł jednego z czytelników tego pisma. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie
fakt, że pisał o grze idealnej. Takiej, która byłaby w stanie pochłonąć człowieka
całkowicie i bez reszty. Grze, której świat, na czas grania oczywiście, stałby się
dla gracza jedynym światem rzeczywistym. Nie wolno pominąć tu pewnego bardzo ważnego
faktu: autor wspomniał o ewentualnych skutkach ubocznych takiej zabawy.
Nie będę ukrywał, że ten artykuł jest jednym z powodów, dla których sam dzisiaj
siadłem do klawiatury. Drugim powodem jest film, który oglądałem całkiem niedawno,
bo… wczoraj (dobra, biorąc pod uwagę dzisiejszą datę i porę nocy, to
przedwczoraj…). W zasadzie, ten film dopiero przypomniał mi artykuł o grze idealnej.
Czy mówi wam coś tytuł "Trzynaste piętro" ? Nie zdziwię się, jeśli
niewielu z was będzie wiedziało jaki film mam na myśli. Jeśli dobrze pamiętam, to
nawet w połowie nie było o nim słychać tak głośno, jak o Matrix. Tak całkiem
szczerze, to gdyby nie mój brat, też bym o nim pewnie długo jeszcze nie słyszał.
O co w tym wszystkim jednak chodzi?
Jest potężna firma, która przez sześć lat pracowała nad skomplikowaną grą
komputerową. Jest zabójstwo, jest czarny policjant, piękna kobieta I człowiek,
któremu ponad wszystko zależy na rozwiązaniu sprawy zabójstwa. To wszystko, to jednak
nie wszystko. Największą rolę odgrywa tu gra. Gra komputerowa. Gra idealna. Gra, o
której zapewne marzyłby autor wspomnianego wcześniej artykułu. Gra, dzięki której
przenosimy się do innego świata. Nie oglądamy go na monitorze, ale naprawdę się tam
przenosimy I naprawdę tam żyjemy. Gra, symulacja -te określenia w żaden sposób nie
są trafne, gdyż program stworzony przez firmę jest rzeczywistym światem. Światem,
którego mieszkańcy zostali stworzeni dokładnie na wzór i podobieństwo ludzi
żyjących w świecie rzeczywistym. Postacie, sztuczna inteligencja, która nie tylko
korzysta z tego, co dali jej programiści. Twór, który jest w stanie się uczyć. Ludzie
identyczni jak ci, którzy ich stworzyli. Dzięki firmie powstał drugi świat. Świat
istniejący równolegle i równocześnie z prawdziwym, tym, w którym został stworzony.
Świat w równym stopniu realny. Po rozpoczęciu "gry" tylko ciało pozostawało
w świecie realnym, zupełnie jak w Matrix. Błysk w oczach, trzask, prask I wspólnik
właściciela firmy siedzi za kasą jakiegoś banku w roku 1937.
Nie ma sensu, żebym opowiadał całą fabułę. Mam nadzieję, że ktoś z was skusi się
na obejrzenie tego, niewątpliwie ciekawego filmu.
Znów pojawia się możliwość przeskoczenia do innego świata. W jakim celu robił to
szef firmy, którego zamordowano, tego pisał nie będę, nie ta tematyka ;). Jego
następca postanowił "zagrać", żeby rozwikłać zagadkę morderstwa. Jest
też piękna kobieta, która… no i tu się dopiero zaczyna zabawa, bo ja nie napiszę co
ona postanowiła i kim była. Zdradzę tylko tyle, że naprawdę nieźle namieszała.
"Wsiądź do samochodu i jedź drogą prosto, przed siebie. Nie pozwól zatrzymać
się żadnym barierom, po prostu jedź, aż do końca…"
Cytat z filmu, po którym wszystko (w trakcie oglądania oczywiście) się powoli zaczyna
wyjaśniać.
Dlaczego ja właściwie klepię o Matrixach i trzynastych piętrach? Dlatego, że te dwa
filmy mają ścisły związek z tym, do czego zmierza produkcja gier komputerowych w
naszych czasach. Nie tylko gier zresztą, ale też wszelkich możliwych akcesoriów
mających urzeczywistnić rozgrywki. Akcesoriów, które mają ułatwić wciągnięcie
się do świata gry. Nie myślcie jednak, że jestem przeciwny graniu. Spędziłem
niejedną noc grając na komputerze i przyznam szczerze, lubię to. Muszę jednak
przyznać, że tempo w jakim dąży się do maksymalnego urzeczywistniania świata
zero-jedynkowego jest trochę zastraszające. Tempo i stopień tego postępowania.
Nie wiem co wy na ten temat myślicie, ale mi całkowicie wystarczyło, gdy po kilku
godzinach gry w Quake na sieci próbowałem na ulicy przeładować BFG. Nie wspomnę już
o tym, że przed oczami wciąż miałem celownik a rozglądałem się po okolicy na
zasadzie góra-dół, lewo-prawo, o skosie zapomniałem całkowicie. Jak dla mnie jest to
wystarczające wessanie przez grę. Zresztą, nie ma co ukrywać, tak jest z każdą grą,
przed którą spędzi się "trochę" za dużo czasu. W tym momencie zaczynam
się zastanawiać, czy naprawdę potrzebna jest wspomniana gra idealna. Gra, która
bohaterowi "Trzynastego piętra" nieźle namieszała pod czaszką, ale też w
życiorysie. Gra, która pochłonie nas bez reszty w swoim świecie I nie wiadomo, czy
zdołamy się z niego uwolnić. Powstały już kaski do rzeczywistości wirtualnej,
"szaleńcy" wciąż kombinują nad wirtualnym seksem. Jak długo trzeba będzie
czekać aż powstanie właśnie ta upragniona gra?
Pisząc o "Trzynastym piętrze" musiałem pominąć pewne ważne szczegóły.
Niestety, nie piszę recenzji filmu ani jego streszczenia. Jedyne, co mogę w tym momencie
zaproponować, to wypożyczenie tego filmu.
Brzmi to może abstrakcyjnie, ale wydaje mi się, że nie trzeba będzie za długo czekać
na dzień, w którym będziemy mogli przenieść się do innego, stworzonego przy pomocy
komputerów świata. Według mnie, całkiem prawdopodobne wydaje się stworzenie gry, w
której będziemy mogli brać udział osobiście. Osobiście wejść do restauracji,
taksówki I nie wiadomo gdzie jeszcze… Gdy taki dzień nadejdzie, gdy taka gra ujrzy
już światło dzienne i będziemy mieć ją w domu, proponuję wsiąść czasami w
samochód i jechać prosto drogą, przed siebie aż do samego końca… zanim ktoś
wyciągnie wtyczkę…
EDDIE