PRZYCHODZI MYSZKA MIKI DO HARLEY'A DAVIDSONA...

BIKER MICE FROM MARS
Skaranie z tymi myszami. Nie dość, że podjadają ser ze spiżarki, to jeszcze same zabawy im w głowie - tylko by motorów dosiadały, szlifowały autostrady w morderczych wyścigach, przekraczały dozwoloną prędkość. Nie wierzycie? Och, przepraszam, nie mówię o zwykłych myszach. Te myszy pochodzą z Marsa - nazywają się Motomyszy i jak nikt kochają niebezpieczną prędkość. Throttle, Vinnie i Modo to fajni kolesie. Warto ich poznać.

Animowani bohaterowie serialu "Motomyszy z Marsa", emitowanego przed laty również w Polskiej telewizji z miejsca zjednali sobie serca nieletnich zwolenników dynamicznej motoryzacji. Fabuła typowa: źli, czyli jakieś muty z kosmosu kontra dobrzy, czyli nasze humanoidalne gryzonie. Podobno bardzo się podobało. Mniejsza jednak o to. Jakiś czas temu wpadła mi w ręce gierka w wersji na Super Nintendo nosząca znamiona tej kreskówkowej zadymy - jej tytuł to właśnie "Biker Mice From Mars", czyli po naszemu mówiąc ów "Motomyszy z Marsa". Odpalając ją liczyłem raczej na jakąś bezlitosną młócę, w której obite cielska oponentów tarzają się po całym ekranie, ale jakież było moje zaskoczenie, gdy na ekranie pojawiła się całkiem zmyślna zręcznościówka - motorowa wyścigówka ukazana w rzucie izometrycznym (a więc takie ówczesne 3D - rok produkcji 1994 -, a raczej jego namiastka w 2D). Tego absolutnie się nie spodziewałem. Po chwili zaczęło się odliczanie. Trzy... dwa... jeden... i poszli! Banda wesołków na bolidach posunęła po giaur zwycięstwa. Miodzio. Bez chwili zastanowienia, niepomny swojego niedziecięcego przecież wieku, zaliczałem kolejne okrążenia.
Wyścig wyścigiem, ale kto się ściga? Ejże, pytanie trochę nie na miejscu - ścigają się przecież flagowi bohaterowie kreskówki: lider zmotoryzowanych gryzoni - Throttle oraz jego kumple: Modo, dosiadający czegoś na kształt Harley'a, i Vinnie suszujący na nowoczesnym sportowym bolidzie. Są też inni: spaślakowaty Limburger ze swoim futurystycznym "nocnikiem" (mało stabilne cacko), Grease Pit, czyli mechanik-flejta na rachitycznym trzykołowcu ziejącym bombami oleju, szurnięty doktorek Karbunkle zasiadający za sterami mechanicznego owada. Już na samym początku deklarujemy, którą z powyższych postaci poprowadzimy do ostatecznego zwycięstwa.
Tryby gry są trzy: Main Race (o zwycięstwie i przejściu do kolejnej rundy zawodów decyduje suma punktów uzyskanych podczas kilku kolejnych wyścigów), Battle Race (kto pierwszy, ten lepszy, cieniasy odpadają w trakcie wyścigu) oraz Practice (tego wyjaśniać nie trzeba - po prostu wybieramy jedną z dostępnych postaci i jeden z trzydziestu (!) dostępnych torów, na którym będziemy ćwiczyć sobie jazdę). Opcja gry dla dwóch graczy (jeździ się na podzielonym ekranie) także obsługuje trzy tryby: Main i Battle będący dokładnymi kopiami wyścigu z single player'a, oraz Vs Race - wyścig tylko dwóch postaci wybranych przez graczy.
Maszynki, których dosiadają poszczególne postacie mają odmienne właściwości - jedne są szybsze i mniej zwrotne, inne wolniejsze, ale prostsze w sterowaniu, jedne upstrzone doskonałym pancerzem, inne, wymiennie, dysponujące potężnym arsenałem minowo-miotanym. Ale spoko, jak zacznie Cię wpieniać wyższość motocykla rywala nad Twoim sprzętem, to nie musisz od razu tłuc ekranu, wystarczy jak przed kolejnym wyścigiem zajrzysz do Garażu Ostatniej Szansy, podrzędnego zakładu mechaniki pojazdowej, gdzie za gotówkę zarobioną na szaleńczej jeździe zmodernizują Ci motor o potężniejszy silnik, lepsze koła, wzmocnią pancerz, zwiększą siłę rażenia broni (jej używanie spowalnia przeciwników).
Trudno rozwodzić się nad technikaliami gry. SNES wiadomo jaki był - wydumanych fajerwerków to tam się nie dało uświadczyć. Graficzka utrzymana jest w pastelowej tonacji, perspektywa gry to wspomniany rzut izometryczny - widok z lotu ptaka, ale tak, że widać profil postaci, motoru i otaczających tory budynków czy drzewek. Ja to nazywam pseudo trójwymiarem. W każdym razie sposób ukazania jazdy jest niebywale wygodny - parę minutek starczy by wyczaić o co biega. Dźwięki są typowe: pisk opon, buczenie silnika, sporadyczne okrzyki szybkościowej ekstazy, zaś muzyczka całkiem fajna, od biedy możnaby ją nawet nazwać heavy metalowym łupaniem. Jeśli macie ochotę zagrać w coś starszego acz niezwykle rajcownego, bo Quake 3 już Was znudził, a Motocross Madness śni się w koszmarach, to lećcie do kumpla, który ma SNESA i Myszy - pobawicie się trochę na jego koszt. ;)

Broos Li

Produkcja: KONAMI
Data wydania: 1994
Wymagania: po prostu SNES