Sosnowiec 7 sierpnia 2000
Czy nie zdarzyło Ci się kiedyś młody (?) czytelniku, że
pozostawiając coś na danym miejscu nie mogłeś tego później
w nim odnaleźć, albo jeżeli naprawdę bardzo potrzebowałeś
jakiejś rzeczy to ona właśnie wtedy się psuła. Tak, tak,
takie sytuacje zdarzają się każdemu i nawet sobie nie wyobrażacie
jak często. Jedni przywykli tłumaczyć to swoim pechem, drudzy
złośliwością przedmiotów martwych, a jeszcze inni złym
biorytmem. Jednak prawda jest inna i ja Ci ją dzisiaj wyjawię.
Za to wszystko odpowiedzialne są chochliki. Tak, tak dobrze
przeczytałeś, winne są temu te, już tak dawno zapomniane
przez ludzi, stworzonka.
Kiedyś dawno temu, kiedy człowiek nie znał jeszcze pieniądza
i za nim nie podążał, żył z nimi w przyjaźni. Ludzie się
wtedy z nimi bawili, rozmawiali, a nawet załatwiali codzienne
obowiązki. Jednak nadszedł dzień w którym ludzie poznali co
to zasady handlu i zaczęła w nich dominować chęć wzbogacania
się. Nie mieli już wtedy czasu dla swych małych przyjaciół,
bo jak zaczęli mawiać "czas to pieniądz, więc nie można
go marnować". Chochliki, które poczuły się odtrącone,
zaczęły ludziom doskwierać na różne sposoby. Ale nie był to
jedyny powód takiego ich zachowania, po prostu nudziło im się
niemiłosiernie i nie miały czego robić z wolnym czasem. Ludzie
powoli zaczęli zapominać o nich, aż w końcu przestali je
widzieć. Dzisiaj tylko niektórzy pamiętają o tych dobrych
duszyczkach i właśnie ci potrafią dostrzec je w trudach
codziennego życia.
Zapewne zastanawiasz się teraz drogi czytelniku po co Ci to
wszystko opisuję. Już rozwiewam Twoje wątpliwości. Mam zamiar
przedstawić Ci teraz historię, która wydarzyła się niedawno.
Historię dotyczącą zarówno ludzi jak i chochlików.
Pewnego dnia, gdy ludzie, jak zawsze, podążali za pieniądzem,
a chochliki dokuczały im jakby nigdy nic, do Chochlikona, przywódcy
duchowego chochlików, przybyła wieszczka Chochlida.
- Chochlikonie- mówiła głosem tak dramatycznym, że wszyscy
wokół zamarli- przychodzę do ciebie ze sprawą największej
wagi, trolle szykują się do ataku na ludzi.- I tu należy
wspomnieć, że trolle nie są duże jak większość uważa, są
one tylko nieco wyższe od chochlików. A atak przez nie
przeprowadzony na pewno nie będzie fizycznym.
- Tak, tak rozumiem- powiedział Chochlikon z westchnieniem- tyle
czasu nie ruszali się ze swoich nor pod ziemią, że wszyscy już
o nich dawno zapomnieli. Pewno przez te wszystkie wieki szykowali
się do ataku. Źle, oj źle. Zostawcie mnie na chwilę samego-
powiedział do sług i Chochlidy.
Gdy wszyscy wyszli zaczął dumać i myśleć, myśleć i dumać.
Aż w końcu zwołał wszystkie chochliki do swej komnaty. Nie
minęło pięć minut, a wszystkie stały już przed jego
obliczem. Trzeba tu zaznaczyć, że mają one szczególną zdolność
przemieszczania się w ciągu paru sekund w miejsce w które
tylko chcą. Niektórzy nazywają to teleportacją. Ja tego nie
nazywam, bo nie wiem czym to jest. Ale na czym to ja skończyłem...
Aha. A więc chochliki zgromadziły się przed Chochlikonem.
Momentalnie nastała wielka wrzawa. Wreszcie, gdy ich przewodnik
wstał, tłum zamilkł.
- Drogie chochliki- zaczął mówić- dziś przyszła do mnie
nasza proroczka i wyjawiła mi przyszłość. Złą przyszłość.
Trolle szykują się do ataku na ludzi. Wiem, że jesteście
jeszcze do teraz wzburzeni zdradą człowieka, ale naszym obowiązkiem
jest mu pomóc. Musimy to zrobić w imię starej przyjaźni, która
kiedyś nas z nim łączyła. Wszyscy dobrze wiemy o tym, że
ludzie wobec metod trolli są bezbronni. A więc czy im pomożemy?
- spytał.
-Tak- odezwał się tłum.
Od tego dnia chochliki szykowały się do wojny. Każdy z nich
dobrze wiedział co go może na niej czekać. Jednak z zapałem
się przygotowywał. Dla chochlików w przeciwieństwie niż dla
ludzi wojna zapowiadała się krwawo. Trolle ludzi mogą
zaatakować tylko psychicznie jednak chochliki to inna sprawa.
Chociaż analizując tę sytuację dokładniej można dojść do
wniosku, że ludzie są w większym niebezpieczeństwie.
Odpowiedni atak może doprowadzić przecież do rozpoczęcia
wojny między samymi ludźmi, a to już może doprowadzić do zagłady
ludzkości.
Tak, więc chochliki ciężko ćwiczyły, by nie dopuścić do
najgorszego. Upływały dni i noce, aż w końcu nastała ta
chwila, chwila walki.
Chochliki nie chcąc czekać na pierwszy ruch przeciwnika podeszły
pod wyjścia z nor, w których żyły trolle. Wojsko było
rozstawione w najbardziej strategicznych miejscach i czekało. Cały
plan walki został przygotowany już parę miesięcy wcześniej i
każdy chochlik znał dokładnie swoje miejsce i sposób walki,
jaką miał toczyć. Wiadomym było, że trolle już od dawna
wiedzą o ich zamiarach i z pewnością szykują dla nich coś
specjalnego, dlatego każdy ze zdenerwowaniem oczekiwał na ich
atak.
W pewnym momencie z nor zaczęła wysuwać się czarna maź. Było
jej coraz więcej i więcej. Gromadziła się wokół nor. Ale to
było tylko złudzenie. To nie była żadna maź tylko setki
trolli wychodzących na wojnę.
Momentalnie chochliki uruchomiły, wcześniej przygotowane pułapki.
Chmara kamieni staczała się z pobliskiej góry. Już po chwili
uderzyła w zastępy wroga. Wyglądało to jakby dwie olbrzymie
fale morskie zmierzyły się ze sobą. Jednak na miejsce poległych
trolli przybywały ich kolejne zastępy. Poleciała kolejna
porcja kamieni, ale również na daremne. Gdy pułapki się skończyły,
ze wszystkich stron ruszyły oddziały chochlików, a na ich
czele dumnie Chochlikon. Rozpoczęła się prawdziwa walka. Obie
strony ścierały się ze sobą jak kamień i kosa. Siły były
bardzo wyrównane. Jednak w pewnym momencie stało się coś
dziwnego. Chochliki przestawały walczyć i odchodziły, w końcu
pozostał sam ich przywódca Chchlikon. Wreszcie dowiedział się
on co jest tą niespodzianką szykowaną przez wroga. Trollom udało
się zaatakować chochliki siłą psychiczną.
- Bracia moi -zawołał- wracajcie w imię Zastrudusa.- Tak,
Chochlikon wypowiedział imię, którego nie można wymawiać na
głos, imię stwórcy i boga chochlików, imię tak święte, że
jeśli ktoś je wypowie, straci głos na zawsze.
Nagle niebo rozświetliło się wszystkimi kolorami tęczy,
chmury się rozstąpiły, a zza nich wystrzelił promyk w
Chochlikona. W tym momencie wszystkie chochliki usłyszały głos
w sercach: " Walcz, walcz, walcz, do boju , jestem z tobą,
do boju". I wtedy wszystkie chochliki, które straciły wolę
walki, i którymi zawładnął strach doznały takiej odwagi, że
runęły na wroga z gołymi rękami, wyrzucając po drodze swoją
broń. Trolle ginęły jeden po drugim. W końcu w popłochu zaczęły
uciekać do nor. Pod koniec walki niebo znów się zakryło
chmurami. Po walce Chochlikon wraz z innymi chochlikami powrócił
do domu świętując zwycięstwo. Jak się okazało wypowiedzenie
imienia boga było zasadne i właściwe, dlatego Chochlikon może
mówić jak wcześniej. Powiem więcej, nawet poprawił mu się głos
i aż miło słuchać jak sobie czasem podśpiewuje.
I na tym koniec opowieści mój drogi czytelniku. Historia ta,
choć nie bezpośrednio, dotyczy ludzi, opisałem Ci ją, żebyś
wiedział, że ciągle jeszcze mamy przyjaciół na tym świecie
i powinniśmy im być wdzięczni za to co dla nas robią, i za to
co im zawdzięczamy.
tow. Bierut