GRANATOWE ŚWIĘTA


Jakaś duża, słusznych rozmiarów postać przesadziła jednym susem wysoką na około trzy metry bramę. Nocne ciemności rozświetliło na kilka sekund jasne światło wyładowań elektrycznych, które przebiegły wzdłuż ramion intruza w momencie zwarcia jego dłoni ze stalową konstrukcją bramy. Ale intruz był zbyt zajęty przeładowywaniem automatycznego karabinku "Beryl" wz.96 by zwrócić uwagę na przenikliwy ból drażniący jego wstrząsane prądem ramiona, a tym bardziej by odczytać, skrytą zresztą za welonem ciemności tablicę z wizerunkiem trupiej czaszki i nasmarowanym nań, krwistoczerwonym napisem "High Voltage", widniejącą na stalowej siatce ogrodzenia. Tajemnicza postać zanurkowała w nieprzebranych ciemnościach roztaczających się za fasadą ogrodzenia i zbliżała się właśnie ku zasiekom z drutu kolczastego. Kilka sprawnych skoków, jeden fikołek i... szybki unik. Z pobliskiego wzgórza odezwały się ciężkie karabiny maszynowe ryjąc pociskami śnieg pod nogami uzbrojonego przybysza, omal nie dosięgając żywego, szerokiego w barach celu. -Cholerne skurczybyki mają noktowizory - przebiegło przez myśl barczystego gościa i prawie w tej samej chwili z jego wprawnych w akcji rąk wyleciały dwa granaty zaczepne wędrując w kierunku obsługi działa. Dwa niemalże jednoczesne wybuchy zagłuszyły tupot nóg nadbiegających żołdaków i krzyk rozrywanych na strzępy strzelców. Po chwili z gęstwiny mroku zaczęli się jeden po drugim wysuwać wyborowi żołnierze prując z karabinów maszynowych we wszystkich kierunkach próbując dosięgnąć ołowianymi kulami kryjącego się za pochyłościami terenu i śnieżnymi zaspami napastnika. Ten też nie pozostawał dłużny, szatkując niezawodnym "Berylem" każdego wojaka jaki tylko pojawił się w zasięgu ograniczonego nieprzystępnymi ciemnościami wzroku. Bieg, unik i strzał, unik , strzał i bieg - zachowanie intruza było jak najbardziej intuicyjne, a automatyczna spluwa w rękach coraz bardziej gorąca, ale i na placu boju było już wyraźnie mniej żołnierzy. -Sto pięćdziesiąt... sto siedemdziesiąt cztery... dwieście osiemdziesiąt trzy... - nieproszony gość próbował liczyć martwe sylwetki co i rusz osuwające mu się do stóp. Gdy dotarł do czterech bliźniaczo podobnych bunkrów w ruch znowu poszły granaty zaczepne, ale nawet wyrzucenie całego podręcznego zasobnika niewiele pomogło. Betonowe poczwary ani drgnęły wtedy w rękach wystrzałowego gościa pojawił się kolejny mocny argument - lekki granatnik przeciwpancerny AT-4 LMAW. Kilka strzałów i bunkry zostały zrównane z ziemią. I wtedy intruz zobaczył upragniony cel, drewnianą chatkę w stylu góralskim, z płonącym w środku kominkiem i błyszczącą choinką. Otarł pot z czoła, poprawił duży worek na plecach, nasunął na głowę czapkę z wielkim puszystym pomponem i zaczesał zmierzwioną karabinowym ogniem śnieżnobiałą brodę. -Kurde, robię się już za stary na takie rzeczy, może następnym razem wezmę renifery?... - próbował złapać oddech dobiegając do drzwi domostwa. Święty Mikołaj był już prawie u celu.
Broos Li