Warcraft: Życie

Leżał..... powoli podniósł głowę. Ktoś go złapał za ramię i pomógł stać.... porucznik elitarnej piechoty Visson rozejrzał się. Smierć. Tak.... Pamiętam. Walka. Dostałem w skroń czubkiem jakieś broni. To chyba był topór.... a może maczuga... Nieważne. Przed nim stało dwóch Orków uzbrojonych w prymitywne topory. Czemu oni mnie nie zabili jeszcze. Zawiedliśmy.... Tak..... Byliśmy ostatnią szansą...... Teraz armia tych, tych...... morderców ma otwartą drogę ku środkowi krainy. Nieee, nie mogliśmy nic zrobić. Nic. Było ich zbyt wiele.


AAAAA. Krzyki i bluzgi zmieszały się z odgłosami konających. Pełno ciał kotłowało się w szalonym tańcu, tańcu wojny. Całe stado Orków nacierało na nędzną wydawałoby się przy takiej ilości przeciwników sprzysiężoną armie ras ludzkich, elfich, krasnoludzkich. Orki nie dbały o taktykę i o szyk. Atakowały bezładnie na pozycję wroga wyjąc i strasząc totemami z ludzkich głów zawieszonymi w każdym możliwym miejscu. Wielu żołnierzy na ten widok uciekło panicznie z pola walki. Nie wiedzieli że to piekło dopiero się rozpoczyna....


Prowadzili go..... nie wiedział gdzie.... w około widział setki pokaleczonych ciał. Martwych ciał. Dalej zobaczył
pełno trupów wbitych na pal lub powieszonych. Tak, Piekło......


Padał deszcz. Po dwudniowym ataku Orkowych zastępów zrobiło się spokojnie. Cisza przed burzą. Żołnierze z ponurą determinacją wpatrywali się na daleki obóz wroga. Czekali. Muszą wygrać.....
Nagle pełniący wartę przy żołnierzach porucznik Visson zakrzyknął ze zgrozą:
- Kapitanie Rid!
Kapitan błyskawicznie podbiegł do niego i spojrzał w kierunku pokazanym przez podwładnego. Tak samo jak kilkadziesiąt innych oczu.....
- Boże co oni robią.....
- Wieszają i wbijają na pal ciała martwych i rannych...
- I to prawie pod naszym nosem.... MUSIMY COŚ ZROBIĆ - Visson płonął żądzą zemsty. Nie tak dawno zginął jeden z jego starych przyjaciół. Ciała nie znaleźli.........
- Nie - powstrzymał go ruchem ręki kapitan - Im właśnie o to chodzi. Nie możemy. Musimy pilnować tej pozycji. Tak chce generał.
- Mam nadzieję że to DOBRA decyzja.
- Ja też...... To nasza ostatnia nadzieja. Ostatnia nadzieja - słowa dowódcy głucho zabrzmiały w uszach mężczyzn gotowych na śmierć


Wiedział już dokładnie. Tak wiedział ..... Widział z daleka jak zabijano takich jak on. Niedaleko niego szło wielu takich skazańców.... Młodzi, pełni zapału......
Ci którzy na nich oczekują nigdy ich nie zobacą. Ja zresztą też nie wrócę.... A co mi tam... Jaka to różnica. I tak jestem ranny. Zginę parę godzin wcześniej....
Nie udało się...... Nawet ciężka jazda nie mogła pokonać Orków.

- Na cholerną rękę Goblina - kapitan elitarnej ciężkiej jazdy, stanowiącej dumę wszystkich ludzi miał problemy. Zaatakowali te ścierwa szarżując. Polały się litry krwi. Lecz te śmierdziele rzucili się na nich nie dbając o własne życie, byle by zatrzymać wroga. Tak, jego ludzie zaczęli stopniowo ginąć. A on sam został oddzielony od oddziału. Teraz z wyciągniętym mieczem siekł kolejne partie mięsa. MUSZĘ UCIEC. Pomyślał o swojej 3 letniej córeczce, czekającej na niego. Wrócę.
Nagle przed jego oczami wyrosło kilku Orków z wielkimi kosami. Córeczko!! Twój tata wróci.
Przykładny mąż, ojciec i żołnierz leżał na ziemi pod kopytami swojego konia. Nie żył. Kosa przebiła mu ciało na wylot.....


Widzę już. Jakiś młodzieniec. Obłęd w oczach..... Lina na szyi. Chwila. Zwisa już na szubienicy. Ciekawe kto na niego czekał.... Rodzina? Matka troszczące się o niego, może młoda żona albo narzeczona.......
Tak to koniec.
Ledwo już się trzymam na nogach. Czeka mnie śmierć..... Stanął przed postawnym Orku, wyglądającym na dowódcę. Nie słyszał co krzyknął do strażników. Widział tylko jak coś wskazuje. Porucznik Visson wiedział....
- Do zobaczenia w piekle - wyszeptał na odchodnym.
- Może człowieku - Wycedził Ork.
Wzięli go za ramiona i prowadzili. Widział swoje przeznaczenie.... Było coraz bliżej. Nie to nie może być prawda. Zawsze mu się udawało, był szczęściarzem. To nie może tak się skończyć. Czemu życie jest jak zmora, koszmar ze snu. Blisko. Nie wierzę. To nie może się stać. Nie może!! Niee m..
Ciało przebił ostro zakończony czubek pala. Powoli posuwał się do przodu, chłonąc jakby ból tego, którego ranił. Nie wierzę. Czy tak się ma skończyć moje życie. Czemu?!? Miałem przyjaciół. Zginęli. Wszyscy zginęli. Pamiętam...... Te śmiechy.... zabawy w karczmie z okazji mojego awansu. To koniec.
Sterczał na palu z wysoko uniesioną głową wpatrując się w swoich wrogów z wyższością. Pierwsze drgawki zaczęły go brać. Z ust poleciała krew i ślina. Oczy zaczęły mu wirować. Do góry, na dół, do góry, na dół, do g...
Głowa spoczęła pochylona. Ostatnie drgawki i porucznik Visson zamknął swoje powieki na zawsze.
Umarł z godnością......
Umarł jak rycerz.....


Czy życie musi być jak koszmar, który nigdy nie ma końca.

DEDYKOWANE PAZOOLOWI (dzięki Pazz za mądre rady) i EMILY (kochanej feministce:)
By Rathan

rathan@poczta.wp.pl