Jam Peter, karykatura człowieka,
Zobaczycie teraz, co was będzie czekać,
W tym utworze.
Będę pisał o kimś, kto nie doznał glorii,
O dowodzie niesłuszności Darwina teorii,
O potworze.
Czyli o sobie mówiąc dokładniej.
Na mój widok nawet czarna twarz bladnie.
Michał, syn Jacka spojrzeć się ośmielił,Był Murzynem, a po chwili się cały wybielił.
Ciało mam brzydkie, jestem w rozpaczy
Za jakie grzechy Bóg mnie ukarać raczył
Może miałem iść do piekła na wieczne potępienie
Lecz przez pomyłkę trafiłem na Ziemię
Ma turpistyczna skorupa jest defektem takim
Że największe brzydale przy mnie to przystojniaki
Nie chciałby mieć nikt ciała biednego Petera
Prócz diabłów: Mefista, Baala, Lucyfera.

Nie będę już dłużej pisał o mym ciele
Rąbka tajemnicy uchylić się ośmielę
O mojej duszy.
Będę pisał teraz o mym charakterze
Temu oto papierowi się zwierzę
Może on się wzruszy.
Kiedyś byłem miły, uprzejmy i uczciwy
Teraz jestem oszust, chamski i złośliwy
Wszystkim ludziom ja okrutnie docinam
Nieważne czy to chłopak, czy także dziewczyna
Lecz cóż mnie pozostało, wyziewowi piekielnemu
Przez wszystkich bez wyjątku ludzi pomiatanemu
Poczułem gniew, nie chciałem być nędznym popychadłem
Więc się zapoznałem ze złośliwości abecadłem
Wszystkich tych tajników się szybko nauczyłem
A swoją dobroduszność w mig wykorzeniłem
Szaweł truł: będziesz miał złe stosunki! Lecz te były na dnie
I swoją złośliwością się bawiłem snadnie
Ten, którego wspomniałem, to żmija zygzakowa
Podstępny człek, jego miano - Szaweł z Południowa
Jego droga życia ubrana była w róże
Wysoki, przystojny, mądry; majątki miał duże
Jednej on dziewczynie wciąż przypinał łaty
Nie dawał jej spokoju, dostawała baty
Lecz potem zmienił się dla niej nie do poznania
Był bardzo sympatyczny, złośliwców odganiał
Dla tego dziewczątka się zrobił nagle bardzo miły
Zalecał się, te miłostki mnie okropnie mdliły
Jakby się jego klepsydra charakteru odwróciła
Ta metamorfoza bardzo mnie zdziwiła
Oczerniał przy niej mnie, małego Petera
Mówił że mam iloraz mniejszy niż siekiera
On kiedyś uczył mnie, jak wszystkim docinać
Teraz chce mi to wszystko z pamięci wycinać
Kiedy chciałem temu dziewczątku słówkiem dokuczyć
Powstrzymał mnie i rzekł "Masz się dobroci uczyć"
Szaweł to sprzedawczyk, paskudna istota
Zdrajca, wąż podstępny, Judasz Iskariota
Zmienił się on bardzo dla tej Krasnaliny
Niskiej, lecz bardzo przystojnej dziewczyny
Lecz tak naprawdę ja go nie powinienem obwiniać
Bo różne rzeczy miłość potrafi wyczyniać
To uczucie nie jest dla mnie, nie wiem co to kochanie
Jedyne co mi zostało, to na papierze pisanie
Moje serce skute lodem, ono nic nie czuje
Tylko życiodajny płyn ciągle pompuje

Teraz o czymś, w czym jestem ciapą do potęgi
Bo nie ma drugiej takiej niedołęgi
W miłosnych sprawach.
Już się dziewczynami nie interesuję
Adorować ich nawet nie próbuję
Jam zastygła lawa.
U samców człowieczych w doborze naturalnym
Odpadłem już przed startem fatalnym
Więc ostatni jestem, no a każdy wie
Że taka pozycja omega się zwie
Żadna ładna dziewka na mnie nie poleci
Bo ma atrakcyjność to jest zero, dzieci
Kochają się we mnie tylko jakieś poczwary
Potwory, również Zochy i przeróżne mary
Zadowoliłyby one może Don Kichota
Lecz jeszcze nie świrnąłem, ja, nędzna istota
Nie mam do czynienia z miłości rozkoszami
No, chyba że z ręką i z mymi bamboszami
Ja nie mam nic do zaoferowania
Więc żadna mnie nie zechce bez gadania
Nie posiadam wzrostu i mięśni Herkulesa
Nie jestem miliarderem, wręcz pusta moja kiesa
Nie mam inteligencji Alberta Einsteina
Nie jestem przystojny, więc jam kupa łajna
Zaś mój brat przyprowadza dziewczyn chyba z kopę
Nie działał na nie piwem ani psychotropem
Moja atrakcyjność to okropna nędza
Chyba ja się tylko nadaję na księdza +{:-)
Lecz to może dobrze, bo to fajna fucha
Nic nie robisz, a w kieszeń leci ci kapucha
Dostaje się za friko również dobre wino
To może zastąpić mi randki z dziewczyną

Jestem grudą białka, zarazą, chorobą
Tutaj już zakończę, nie będę z samym sobą
Się dłużej droczył
Dobrze że mam chociaż sielankę w domu
Bo bym bardzo szybko, nie mówiąc nikomu
Z mostu skoczył.
  AUTOR:   Peter