POD ZNAKIEM POGONI
Recenzja gry DETHKARZ

Był kiedyś taki niesławnej pamięci film z Sylwkiem "Rambo" Stallone zatytułowany "Wyścig Śmierci 2000", którego dziwni bohaterowie mieli przyrzeczone za wszelką cenę dostać się na metę jako pierwsi. Jeśli uważali samochód rywala za zbędny balast na drodze, mogli go z niej zepchnąć, jeśli nie podobał im się tylny zderzak wozu konkurenta mogli go staranować i nie bacząc na konsekwencje dokończyć dzieła zniszczenia choćby oponami. Liczył się efekt końcowy, czyli to kto pierwszy przybędzie na metę. Reszta była tylko złem koniecznym, które zwariowani kierowcy biorący udział w makabrycznym wyścigu popełniali z nieskrywaną ochotą. Ot maniacy. Gra Dethkarz ma podobny wydźwięk - wygra ten kto zajedzie na metę jako pierwszy, przy czym wyścigu wcale nie muszą ukończyć wszyscy. Nic się nie stanie jeżeli po drodze w ogniu eksplozji odpadnie parę wozów. Po słabeuszach nikt przecież płakał nie będzie.

Długo zastanawiałem się od czego zacząć niniejszą recenzję, napisałem nawet wstępniak obrazujący, choć zapewne w sposób nieidealny, nieziemskie przeżycia płynące z gry, ale w konsekwencji rozmyśliłem się i pierwotny tekst powędrował do kosza. Co o tym przesądziło? Wspomniana obrazowość akcji, której nie odda żaden tekst. Żeby docenić grę trzeba w nią po prostu zagrać. Pragnę w tym miejscu złożyć najszczersze przeprosiny dla ekipy Melbourne House, producenta gry - chciałbym ich przeprosić za to, że od samego początku wątpiłem w celowość ich produktu, za to, że na widok pięknych screenów z gry kręciłem nosem wmawiając sobie, iż nie jest to nic więcej niż tylko statyczny omam jakim zawsze częstują twórcy gier. Chciałbym przeprosić też wszystkich znajomych, których zapewniałem, że nie lubię gier wyścigowych, co dziś można zapisać w kategorii kłamstw. Nie, ludziska, nie oszukałem was, po prostu moje poglądy diametralnie odmieniła pewna gra. Future racer o tytule Dethkarz mianowicie.
Uruchamiając grę wita nas intro, całkiem dynamiczne, ale w sumie niczego sobie - nie takie rzeczy już się w życiu widziało. Jak ktoś nie trawi oglądania wyścigów "z trybun", może zakończyć farsę jednym klawiszem. Potem następuje ekran menu - kilka standardowych terminów znanych na pamięć z większości wyścigówek: Championship, Arcade, Time Trial, Multiplayer, Options, Quit (jeszcze nie klikać!) oraz About (informacje systemowe). Ale skoro już wiecie, że Dethkarz jest futurystycznym wyścigiem bardziej ciekawi Was zapewne to czym będziecie się ścigać. Więc czym? Do walki o najwyższe laury przystępują wozy przedziwnego autoramentu - z wyglądu niby zwyczajne formułki, lecz w rzeczywistości jednak coś więcej. Dzielą się na cztery klasy (w kolejności alfabetycznej): Anassi, Astor, Blitzwagen, Hyperon i podział ten nie oznacza li tylko różnic czysto wizualnych. Wózki marki Anassi (na początku jeden, ale potem wybór wzrasta do trzech, jak w każdej pozostałej klasie zresztą) zaliczają się do grona najszybszych w grze, chociaż zmorą kierowców zasiadających za ich sterami jest słaba przyczepność i mizerny pancerz. Anassim łatwo jest wysunąć się na czele wyścigowego korowodu, trudniej jednak przychodzi lawirowanie na zakrętach i dlatego kierowcy bez odpowiedniej wprawy (nabytej zresztą w drodze mozolnych treningów) kończą zwykle w pyle pobocza (którego, jak mówi instrukcja do gry, po prostu nie ma). Astor z kolei to klasa dla "ociężałych". Fury tej marki charakteryzują się wysokim wskaźnikiem przyczepności oraz w miarę dobrym pancerzem (który ma kolosalne znaczenie, o czym później), co czyni je mniej podatnymi na ogień wrogów i dużo łatwiejszymi w opanowaniu niż pędziwiatry Anassi. To marka dobra dla niedzielnych kierowców, mających niewąskie problemy z opanowaniem kierownicy. Kolejną marką są wozy Blitzwagen. Jazda tymi bolidami polega głównie na nieustannym ostrzeliwaniu rywali różnymi dobrami (o których później, he, he), jakie nawiną się pod koła - silny pancerz pojazdu wytrzyma niejedno bliskie spotkanie z rakietą posłaną przez zazdrosnego konkurenta. To idealne wózki dla Terminatorów, bardziej niż rosnącą prędkość ceniących sobie niezawodny spust. Ostatnim typem pojazdów dostępnych w grze jest uniwersalny Hyperon - maszynka nie wyróżniająca się żadną fabryczną specyfiką. Jest naprawdę miła w prowadzeniu i w razie potrzeby potrafi kopać tyłki - to moja ulubiona marka, za jej sterami spędziłem wiele pięknych chwil.
Teraz trochę o trasach. Ideą przyświecającą Dethkarz jest stopniowe pozyskiwanie nowych torów, których początkowa ilość zamyka się w skromnej liczbie czterech. Ukończenie wszystkich tras na jednej z pierwszych lokat zapewnia zakwalifikowanie się do następnego sezonu mistrzostw, przynoszącego cztery nowe trasy. W grze są trzy takie sezony, każdy następny trudniejszy od poprzedniego, więc suma sumarum najwytrwalsi gracze zmierzą się na dwunastu różnych torach.
Umiejscowiono je w najdziwniejszych miejscach pod słońcem - Metro City to typowa bladerunnerowa mieścina przyszłości, upstrzona setkami neonów i mrocznymi fasadami elewacji budynków, potem jest The Pole - biegun (ale czy północny czy południowy to już nie powiedzieli), czyli arktyczne pustkowie z rzadka usiane ogromnymi przekaźnikami satelitarnymi czy ponurymi stacjami badawczymi, zamarźnięte stalowe mosty i kojąca biel roztaczająca się wokoło. Tylko misiów polarnych pod kołami brak. Następnie jest tor rozciągnięty pośród skalistych kanionów
i bezkresu oceanu, dość kręty i niebezpieczny (czy wspominałem już, że trasy zawieszone są wysoko nad ziemią i nie mają żadnego, absolutnie żadnego, pobocza? Nie? Więc właśnie o tym słyszycie, miśki jedne!). Tfu,co ja mówię kręte, phi, kręte to dopiero są trasy na Czerwonej Planecie, Marsie, tam za cholerę nie da się normalnie jechać - cały czas jakieś skosy, zjazdy, podjazdy, zerwane drogi - zupełnie jakby się wracało do domu po pijaku. To co jest pod torami też nie zachęca do szarży z nadmierną prędkością, chyba, że ktoś chce przyjrzeć się bliżej rzekom lawy (do czego oczywiście nie zachęcam). Wszystko ukazane w efektownym 3D, które nie skąpi detali. Nie będę się rozwodził nad wyglądem tras, powiem tylko, że są cudowne - zresztą, znacie tą piosenkę "Przeżyj to sam", nie? Nie zamieniaj serca w twardy głaz i odpal Dethkarz. Będziesz mdlał i perdział z zachwytu (ale z reklamacjami jakby co to nie do mnie).
Wspominałem o pancerzach, w które są obite wszystkie wózki, więc pora wyjaśnić, że Dethkarz nie jest grą dla miłych chłopców. Oprócz pancerza formułki dysponują, do wyboru, działkiem laserowym lub plazmowym, które całkiem skutecznie prażą zderzaki dla zbyt szybkich kolesiów, ale na tym nie koniec. Na trasach porozrzucano ciekawe artefakty do zebrania i wykorzystania - znajdują się wśród nich takie "frykasy" jak kilka rodzajów rakiet (zdarzają się samonaprowadzające!), tarcza, dopalacz nitro (warto go używać choćby dla samego "odpałowego" efektu - graficznie to majstersztyk, a prędkość prawie zrywa opony z kół), czasową niewidzialność, ekspresową naprawę czy ładunek antymaterii rażący prądem pojazd rywala w zwarciu (ależ to wygląda...). Acha, są jeszcze bomby wysypujące się nagle zza pojazdów - nie muszę chyba pisać co takie bomby mogą zdziałać pod kołami konkurencji (lub Twoimi...). Wzystko to służy dwum celom - urozmaiceniu wyścigu i zezłomowaniu konkurencji. Trafienie pojazdu sygnalizowane jest przez unoszący się z silnika dym - im więcej czarnych kłębów, tym czym prędzej warto zawitać w pitstopie - chyba, że lubicie podziwiać super efektowny fikoł wozu zakończony przepięknym wybuchem (kolejny graficzny rarytas...). Byle nie swojego! Grywalność Dethkarz jest po prostu diabelnie wysoka. Jeśli jednak ktoś dopieszcza na maksa każdy element grafiki, nawet otoczenie, mieszając je z rewelacyjnymi przeżyciami płynącymi z jazdy i prostym sterowaniem, to musi być miodzio.
Dobra, ale co z oprawą dźwiękową? Dźwięki są takie jak powinny być w prawdziwej wyścigówce - harczenie, warczenie, pierdzenie (o, przepraszam, to z łazienki), dzwonienie, stukanie, pisk opon - wszystko jest na swoim miejscu. Jeżeli zaś chodzi o muzykę to owszem takie coś stwierdzono, ale tylko w... menu. Tak jakby ktoś oglądał ekran z opcjami przez dłużej niż minutę. No cóż, jak nie dali, to nie dali. Płakać nie warto, tym bardziej, że i bez muzy przygrywającej podczas wyścigu Dethkarz jest wspaniałą grą. Zdaję sobie sprawę, że najpiękniejsze nawet słowa nie zobrazują dokładnie tego co dzieje się na ekranie - tej dzikiej prędkości zrywającej czapki z głów, tej zadymiaszczej zabawy wypełniającej usta okrzykami zachwytu, zalecam zatem przetestowanie gry samemu. Dethkarz sprzedawana jest po zabójczo niskiej cenie, więc w razie wpadki dużo nie stracicie. Na Waszym miejscu podjąłbym to ryzyko, nawet jeśli od zawsze dostawałeś białej gorączki na myśl o grach wyścigowych (wierzcie mi, ja też), to zachodzi ogromna szansa, że produkt Melbourne House pomoże Ci wzniecić iskrę, o istnienie której nawet siebie nie podejrzewałeś, i umożliwi stanięcie na piedestale najlepszego kierowcy rajdowego w galaktyce. A może by tak zaprosić do gry kumpli? Da się grać przez modem, kabelek i w trybach TCP/IP i IPX. Skopiesz im tyłki, wygrasz parę galonów browca (bezalkoholowego, he, he) i urządzisz imprezkę jak się patrzy. Przy akompaniamencie warkotu silników i świstu rakiet, oczywiście. Zresztą, życzę Ci, drogi graczu, byś budził się w środku nocy z okrzykiem Dethkarz na ustach i pędzę grać - ta gra nie wymaga żadnej rekomendacji, możecie mi wierzyć.
Broos Li

PRODUCENT: MELBOURNE HOUSE
PODOBNE DO: POD, WIPEOUT
WYMAGANIA MINIMALNE: P166 MMX, 16 MB RAM
WYMAGANIA ZALECANE: PII266, 32 MB RAM
AKCELERATOR GRAFIKI: zgodny z DirectX