- Artoo- zaraz dolatujemy.
Luke wchodził w górne warstwy atmosfery Javina-4. Po załatwieniu kilku
spraw na Coruscant wracał,
aby dalej nauczać tajników Mocy. W tle ukazywała się już Świątynia
Jedi w której nauczał.
- Jesteśmy- Wylądowali na polance, jednak nigdzie nie widział swoich
uczniów. Czyżby coś się
stało? Natychmiast wyskoczył z X-Winga i pomaszerował do wielkiej Świątyni.
Gdy wszedł okazało
się, że jego obawy okazały się płonne. Gromadka uczniów siedziała wokół
starszego syna Lei:
Jacena, który zawsze zajmował się różnymi rzeczami związanymi z Mocą
pod nieobeność Mistrza.
- Witaj wujku!- wykrzyknął, gdy zobaczył Luka- Mama zostawiła wiadomość
dla Ciebie: Mówiła, że
powinieneś udać się nad Kessel.
- Na Kessel?!? Po co ja jej tam?- powiedział zdziwiony Luke
- Nie wiem. Mówi, że to ważne.- starał się wyjaśnić Jacen.
- Dobra. Artoo- chyba za długo sobie nie posiedzimy. W drogę.
Natychmiast udał się do swojego X-Winga, po czym poleciał na Kessel...
* * *
Ciemna postać przechodziła właśnie przez długi korytarz. Wyraźnie słychać
było stukot metalowych
butów, które w zetknięciu z metalową powierzchnią podłogi wydawały
głośny odgłos. Na końcu
korytarza ujrzał drzwi, których pilnowało dwóch ubranych na czerwono
strażników. Całe ich ciało
pokryte było czerwonym materiałem, a na głowie mieli czerwone kaski
z mała podłużną dziurą,
która umożliwiała widzenie. Gdy zobaczyli ciemną postać odsunęli się
i drzwi się rozsunęły. Po
otwarciu dzrzwi oczom postaci ukazały się bogato zdobione meble, wiele
dekoracji i fotel.
Fotel był na razie obrócony tak, że postać nie mogła widzieć osoby
siedzącej na fotelu. A
właściwie na tronie.
- Imperatorze!- zawołał.
Fotel powoli obracał się w kierunku ubranej na czarno postaci. Gdy
obrócił się w stronę postaci,
zobaczyła ona starego, pomarszczonego człowieka, który powoli unosząc
swój wzrok spojrzał na
postać.
- Słucham, Brakissie- wyrzekły jego pomarszczone usta.
- Panie, wszystko przebiega zgodnie z planem. Nikt nie może opuścić
planety. Twój plan jest
genialny. Kto by pomyślał, że te istoty mogą się przydać...- Brakiss
był pełen podziwu
- Owszem, jednak dzięki temu, będziemy mieli wielu potężnych podwładnych.
Masz jakieś złe wieści?
- Jeden statek przedarł się przez blokadę.- wykryta została jedna osoba.
- Hmm... wyślij "Enforcera" w pogoni za nim.
- Tak jest, Panie- rzekł Brakiss, po czym udał się do swojej komnaty.
* * *
- Widzę Artoo, tylko co "Alderaan" tu robi? Leia powinna być na Coruscant.
Robot wydał serię pisków, po czym myśliwiec został skierowany na "Alderaana"
* * *
Luke wchodząc na statek poczuł dziwne uczucie. Nie czuł tego od dosyć
dawna, ale nawet fakt, że
był Mistrzem Jedi nie pomagał mu zinterpretować owego uczucia. Gdy
wszedł na mostek zobaczył Leię
jak zwyklę zapacowaną.
- Co, Leio? Po co mnie tu sprowadziłaś?
- Zaraz ci pokaże powód.- rzekła Leia
Drzwi ponownie się rozsunęły i weszli Wedge i ambasador Abinu.
- Kto to?- rzekł ze zdziwieniem Luke.- O! cześć Wedge!
- Wysłuchaj co on ma do powiedzenia rzekła Leia
* * *
Tej nocy Luke nie mógł spać. To czego dowiedział się od ambasadora wydawało
się być dziwne i nie
za bardzo pasowało mu do jego układanki. Wiedział, że coś jest nie
tak, że czegoś nie wie. Tego
uczucia nie lubił. Po chwili jednak zasnął. Miał sen. Przyśniły mu
się jego najważniejsze chwile
z życia. Najczęściej powracała do niego myśl: Dlaczego Yoda umarł.
Chociaż to stało się już wiele
lat temu wciąż powracało. We snach, w trudnych chwilach często wzywał
na pomoc Obi-Wana i Yodę.
Myślał, że już zawsze będzie uczniem Yody, będzie zgłebiał tajniki
Mocy, ale wciąż nie mógł
pogodzić się z fakte, że te czasy, już nigdy nie wrócą...
* * *
Brakiss dowodził Akademią Ciemnej Strony. Rekrutowano tam osoby, które
podejrzewano o wysoką
zawartość midichlorianów we krwi i po badaniach przyjmowano do służby.
Kiedy 2 miesiące temu
odkryli, że niektóre planety na Obrzeżach same produkują midichloriany.
Na początku naukowcom
Imperium wydało się to fizycznie niemożliwe skierowali swoje kroki
na planetę o której bardzo
mało wiadomo. Okazało się, że ta planeta żyje!!! Ta planeta to Abin.
Istoty rozmnażały się tam
poprzez skopiowanie genów organizmu macierzystego i przeniesienie ich
do miejsca, gdzie geny
w postaci dziwnej formy życia przenoszone są do jądra planety. Jako,
że midichloriany nie są
w genach, a we krwi, w drodze do jądra geny stale poddawane są procesowi,
dzięki któremu po
wyjściu na powierznię będą w posiadaniu Mocy. Po dostaniu się genów
do jądra są one poddawane
przez ok. 80 godzin tysiącom procesów dzięki którym istoty potomne
cały czas są
udoskonalane. Później przenoszą się do otwartych przestrzeni przypominających
jaskinie, gdzie po
nauczeniu się oddychania gazami zawartymi w atmosferze Abinu wychodzą
na powierzchnie. Ten
specyficzny sposób rozmnażania zainteresował naukowców Nowego Imperium,
tym bardziej, że wszyscy
mieszkańcy Abinu mogli posługiwać się Mocą. Ale nie potrafili. To wykorzystali
naukowcy.
Społeczność Abinu podzielona była na klany, które żyły w pokoju i nawet
nie myślały o prowadzeniu
wojen. Nie wiedziały nawet co to jest. W trakcie ruchu genów do jądra
czasami zdarzało sie, że
niektóre zestawy genów dostaną się tam, gdzie nie trzeba. Wtedy dłużej
poddawane są działaniu
organizmów produkujących midichloriany. Po czymś takim osobniki potomne
są większe, silniejsze,
potrafią władać Mocą o wiele lepiej niż zwykłe organizmy, a także trochę
się różnią w cechach
zewnętrznych. Według legend tacy właśnie muszą być wybierani na przywódców
klanów. Klanów takich
jest 16. Każdy ma własnego przywódcę. Na razie naukowcy nawrócili na
Ciemną Stronę 2,
najsilniejszych. Reszta prędzej ,czy później przejdzie sama na naszą
stronę...
* * *
Luke nie miał pojęcia co to może być. Postanowił jednak udać się na
Abin. Po uzupełnieniu map
nawigacyjnych zaczął się przygotowywać do lotu, kiedy weszła Leia:
- Jeszcze raz Ci powtarzam, że to nie ma sensu. Leć lepiej razem z
nami.- próbowała go przekonać
- Nie mogę czekać. Muszę lecieć- powiedział zdecydowanie, po czym wsiadł
do myśliwca i
odleciał... Ale nie na Abin, lecz na... Kashyyyk gdzie przebywał Han
i Chewie...
* * *
- Wraauuu...
- Tak proszę dać mi zgodę na przejście.
- Wrraaarr...
- Nic nie przemycam! Próbuje znaleźć pewną osobę- upierał się Luke.
Jednak mimo wszystko Wookie
nie chciał go przepuścić.
- Wroauuu!
- Chewie! Powiedz coś temu panu...
- Arghh...
- No! Gdzie Han i Sokół??
- Hrrau...
- Co !?! Znowu się zepsuł? Hipernapęd? Skończycie za tydzień??? W takim
razie lecę...
* * *
- Imperatorze! Dostaliśmy zawiadomienie, że flota Republiki zmierza
w naszym kierunku!
- Mamy wystarczającą ochronę. A i tak dokładnie nie wiedzą gdzie jesteśmy-
Twarz Imperatora
w nikłym czerwonym świetle wyglądała przerażająco...- Podlećmy niżej.
Nie wykryją nas. Jesteśmy
niewidzialni... A teraz odejdź!
- T-tt-ttak P-pp-ppanie- rzekł ze starchem oficer po czym jak najszybciej
opuścił komnatę...
* * *
- Artoo: Wychodzimy z hiper.
Astronawigacyjny robot szybko odpowiedział serią pisków po czym wykonał
polecenie.
- Ciekawe, czy Threepio sie denerwuje, że jest sam- Luke się uśmiechnął
Robot wydał kilka drwiących pisków i świergotów, po czym skierował
stateczek na planetę...
Gdy znalazł się w górnych warstwach atmosfery w komunikatorze usłyszał
głos:
- Kim jesteś? natychmiast zatrzymaj swój statek.
- Dobrze- Odparł twierdząco Luke i czekał na statki kontroli.
To co ujrzał wydało mu się bardzo dziwne: W jego kierunku leciały 3
Tie Bombery i 5 Tie
Fighterów. Skąd maszyny Imperium znalazły się na Obrzeżach. Tym bardziej,
że wyglądały na nowe
i nieużywane. Jego przemyślenia przerwała torpeda protonowa zmierzająca
w ich kierunku.
- Artoo: Rozkładaj skrzydła. Oni nie mają dorych zamiarów. Dzięki refleksowi
Mistrza Jedi zdążył
uniknąć samonaprowadzającej torpedy, która jednak zaraz potem wybuchła.
Luke oddał serię strzałów
w nieprzyjacielskie maszyny, po czym poleciał w dół- na planetę. Przypomniały
mu się czasy, gdy
latał w Rogue Squadron. Na tej samej maszynie. Z tym samym robotem.
Nagle zawrócił i oddał serię
strzałów zmierzających w myśliwce wroga. Jako odpowiedź wszystkie 3
Bombowce wystrzeliły po 2
torpedy. Jego mały myśliwiec nie miałby najmniejszych szans gdyby dostał
choć jedną torpedą.
Nie mógł też tych torped wyminąć... Jedyną szansą było ich zestrzelenie.
Za pomocą 2 pociągnić
dłonią skierował całą energię myśliwca z osłon i napędu do laserów,
po czym przytrzymał duży
czerwony przycisk w kierunku czerwonych smug na niebie. Co chwila niebo
rozjaśniały blaski
wybuchających torped i czerwony laserów. Gdy Bombowce znów wystrzeliły,
Luke celując w nowe
torpedy trafił myśliwca Tie prosto w dyszę wylotową, gdyż był odwrócony.
Skończyło się to
następnym dużym i jasnym wybuchem na niebie. W pewnym momencie na pulpicie
kontrolnym zapaliła
się czerwona lampka, po niej następna i następna i myśliwiec zaczał
spadać w dól. Bez osłon,
bez silnika, bez laserów bezradnie spadał w dół. Bezradnie, bez szans
na przeżycie. Przypomniał
sobie jednak jedno: Podczas ostatnich przeglądów na Coruscant zainstalowanu
mu repulsory.
- Artoo: Może będziemy chociaż mieli miękkie lądowanie. I pociągnął
dźwignię.
* * *
- Leio: Posiłki zaraz będą, będziemy mogli pomóc Luke`owi.- z radością
powiedział Wedge.
- Wspaniale. Mam nadzieję, że Luke`owi nic się nie stało...
* * *
- No artoo. Siedzimy, ale musimy uciekać. Zaraz nas zniszczą.- Szybko
opuścili myśliwiec i udali
się do najbliższych wydm. Klimat bardzo przypominał Tatooine. Sucho,
gorąco. Jednak Luke czuł coś
dziwnego. Nie potrafił tego określić. Zobaczył, że na niebie zbliżają
się maszyny Tie.
- Artoo, pospieszmy się! Chyba nas zauważyli.- Luke miał rację. Piloci
wystrzelili serię
zielonych smug laserowych w opuszczony myśliwiec i zniszczyli go...
Luke z niedowierzaniem
spojrzał na płonące szczątki swojego towarzysza. Artoo wydał krótką
serię bardzo wysokich pisków.
Luke nie zauważył, że w po policzku spłynęła mu łza.
- Artoo, idziemy dalej.
Przez dłuższy czas widzieli szukające ich myśliwce, lecz dzięki temu,
że mieszkał na podobnej
planecie dobrze znał techniki kamuflażu w piasku. Po godzinie poszli
dalej. Luke zorientował się,
że przeszli około 3 kilometrów i nie zauważyli najmniejszych zmian
w krajobrazie. Po przejściu
ponad kilometra dalej zobaczył małe źródełko wody. Od razu zmienili
kierunek w tamtą stronę.
Luke podszedł do źródełka i napił się wody z niego. Poczuł coś dziwnego-
przypływ energii.
Poczuł, jakby Moc się w nim umocniła, stała się bardziej wyrazista-
dawała znać o sobie.
Posłuchał Mocy i udał się w kierunku, który Ona wskazywała... Przeszedł
jeszcze kilka kilometrów,
już stracił rachubę, lecz czuł, że zbliża się do miejsca, gdzie powinien
być. Do tej pory nie
zauważył ani jednej formy życia, żadnej roślinki, nic, tylko piasek
i piasek... W pewnym momencie
dojrzał jakąś ogromną konstrukcję. Gdy podszedł bliżej zobaczył, że
unosi się ok. 5 metrów nad
ziemią.
- Artoo. Ty tu zostań. Dalej muszę sobie sam poradzić- rzekł do wiernego
towarzysza i poszedł
dalej... Tylko on... I jego miecz... Zbliżył się do wielkiej żelaznej
konstrukcji... Poczuł, że
tam coś się dzieje, że jest tam wielu ludzi. I kilka innych istot.
Dzięki umiejętnościom Jedi
wskoczył na ogromny obiekt i wszedł przez lądowisko... Gdy wchodził
zobaczył bardzo dziwną rzecz:
znak Nowego Imperium nad wejściem. Nie wiedział co to znaczy, ale miał
kilka podejrzeń... Na
lądowisku lądowały właśnie myśliwce. Te nie wyglądały już jak nieużywane.
Wiekszość miała ślady
po trafieniach. Usłyszał także fragment rozmowy: "pięknie spadał ten
X-wing. To ja go trafiłem".
Po chwili rozpoznał te myśliwce- to te same, które z nim walczyły.
Skąd one tutaj się wzięły.
Zobaczył pilotów opuszczających ogromną halę lądowiska. Tylko jeden
z nich oglądał swoją maszynę,
patrząc jak została trafiona. Po chwili byli jedynymi osobami na lądowisku.
Luke wykorzystał to.
Po chwili poszedł w ślad za pilotami w nowym stroju pilota Tie Bombera...
Taki kamuflaż bardzo
się przydaje- miał okazję przekonać się o tym, gdy uwalniał Leię...
Tylko te stroje strasznie
śmierdzą... Gdy doszedł do pilotów usłyszał pytanie skierowane do niego:
- Co ten buntownik Ci zrobił???- spytał pilot Tie Fightera.
- Jestem lekko uszkodzony- odpowiedział trochę zakłopotany Luke.
- Dobra, zdasz to w raporcie. Imperator Palpatine czeka na informacje.
IMPERATOR PALPATINE?????? Luke o mało się nie przewrócił z wrażenia.
Przecież On nie żyje. Jego
wszystkie klony też!!! Luke o mało tego głośno nie powiedział, ale
poszedł dalej... Gdy szli do
pokoju Imperatora Luke zauważył symetrycznie ułożoną podłogę. Zbliżyli
się do drzwi od pokoju
Imperatora. Obok stało dwóch najwierniejszych strażników Imperatora:
Ubrani na czerwono,
znani w całej galaktyce. Bez słowa otworzyli drzwi...
* * *
Imperator siedział na wielkim fotelu, jego pomarszczona twarz w świetle
nikłego czerwonego
światła wyglądała przerażająco. Luke nawet nie starał się myśleć ile
On ma lat... Gdy Luke
spojrzał w stronę Imperatora, prosto w Jego oczy ogarnął go dreszcz.
- A więc zniszczyliście ten myśliwiec?- jego pomarszczone usta wyrzekły
te słowa...
- Tak, Panie...- odrzekł z trwogą jeden z pilotów. Luke uważnie wpatrywał
się w Imperatora. Nie
mógł się domyśleć jak On mógł odżyć...
- Ilu zginęło?- dalej ciągnął rozmowę Imperator
- Tylko jeden.
- To dlaczego ten osobnik nie jest waszym pilotem- wskazał ręką na
Luke`a i w tym samym momencie
z Jego palców wydobyły się przeraźliwie jasne błyskawice skierowane
prosto w klatę Luke`a. Luke
natychmiast padł na podłogę. Kątem oka zobaczył otwarte cośw rodzaju
okna. Natychmiast przez nie
wyskoczył. Był ponad 80 metrów nad ziemią więc nie miał szans skakać
na dół. Szybko wskoczył
trzy piętra niżej do innego dużego pokoju. Zobaczył tam mężczyznę w
ciemnych szatach. Odwrócił
się w kierunku Luke`a, a on ujrzał w nim wtedy... swojego dawnego ucznia-
Brakissa. Luke
natychmiast rozpłatał mieczem na pół swój kombinezon i rzekł:
- Brakissie...
- Nawet nie próbuj. Na Tetli powiedziałem Ci już, że nie masz się wtrącać
w moje życie.
Ostrzegłem cię.- To mówiąc wyciągnął swój miecz świetlny i uaktywnił
go. Czerwona smuga przecięłą
powietrze. Zaraz po niej zielona smuga laseru wstąpiła w ślady poprzedniczki.
Brakiss spojrzał na
swojego byłego mistrza i powiedział:
- To już koniec.- i zaatakował. Luke łatwo odparł atak nieprzyjaciela
i co chwilę blokował ciosy
Brakissa. Zauważył, że o wiele lepiej włada mieczem, niż na Tetli.
Co chwila blokował wściekłe
ataki Brakissa. Naczelnik Akademii Ciemnej Strony nagle przeskoczył
Luke`a i chciał mu zadać cios
w plecy, ale Luke się obronił. Przechodził powoli z obrony na atak.
Potężnym cięciem uderzył w
klingę miecza Brakissa. Miecz zgasł.
- Brakissie. Przejdź na Jasną stronę, przyłącz się do mnie. Będzie
jak kiedyś.
- Nie...- odpowiedział i z pomocą Mocy wybiegł z pokoju w nieznanym
kierunku.
Wtedy usłyszał potężny grzmot, a Akademia zadrżała. W tym momencie
wszystkie lampy przygasły i
przybrały czerwony kolor. Wszystkie okna zamknęły się i usłyszał charakterystyczny
świergot.
Gdy go usłyszał, zdał sobie sprawę z tego, że właśnie są niewidzialni.
Usłyszał setki silników
jonowych. "Tam coś się dzieje"- pomyślał i wybiegł na zewnątrz.
Na lądowisku stały setki statków
Tie. Wcześniej ich nie było. Bez namysłu wskoczył do jednego z nich.
Wyleciał i zobaczył setki
statków. Nie zdążył zobaczyć nic, oprócz światłą zmierzającego w jego
stronę. Światło zderzyło
się z myśliwcem...
* * *
Obudził się w znajomym miejscu. Na pokładzie szpitalnego statku. Zobaczył
Leię, Wedge`a.
I wszystko dobrze się skończyło... Czyżby??? O tym będzie następna
książka ;)))
KLEPA
No dobra: Pozdrowienia dla:
Naszego drogiego Naczelnego: Kun`ika ;))
Devi, Lamera, Pazool, Polo, Rathana (Kolejność alfabetyczna)
Opinie i inne bzdety ślijcie na: starwars@pf.pl