AVP KOMIKS VS AVP GRA
Jak bardzo złe stają się sny, kiedy się obudzę jest zawsze
gorzej - por. Ripley.
Szwajcarski artysta H.R. Giger zawsze twierdził, że maluje to
co go przeraża i być może dlatego jego dzieła nigdy nie budziły
zachwytu w pełnym tego słowa znaczeniu. One od samego początku
miały przerażać, budzić wstręt, okrywać widza długim
welonem niepokoju, porażać swą oryginalnością, zaskakiwać i
elektryzować, ale nigdy nie pozostawiać biernym. Jego
"sztuka biomechaniczna" - niesamowite połączenie urządzeń
technicznych z materiałem organicznym imitujące szkielet człowieka
- ciągle powala swoją sugestywnością. Chyba dlatego postać
Xenomorpha, humanoidalnego drapieżnika, która niegdyś wstrząsnęła
światem współczesnego kina sci-fi jest do dziś ucieleśnieniem
najgorszych lęków każdego badacza bezkresu kosmosu i czymś
czego nie życzą sobie spotkać nigdy w życiu. Predator, który
pojawił się po raz pierwszy w filmie z 1987 roku nie był już
tak przerażającą formą życia - był w zasadzie udoskonaloną
wersją człowieka - jednostką o wyrachowanym poczuciu honoru i
nieskazitelnie czystej naturze wojownika, silną, zręczną i
odporną. Był łowcą, którego sens życia opierał się na
polowaniu i szeregu zasad ustalonych wiele pokoleń temu przez
jego kastę. To one pozwalały mu zdziesiątkować oddział super
komandosów w mrocznej dżungli Ameryki Środkowej oraz unicestwić
bandę fanatycznych wyznawców voodoo we współczesnej betonowej
dżungli wielkiego miasta. Nikt wówczas nie przypuszczał, że
obydwa gatunki kosmicznych istot zetrą się kiedyś w
najbardziej emocjonującym pojedynku jaki mogła zrodzić ludzka
wyobraźnia. Ba, nikt nie przeczuwał nawet, że spragnieni
sukcesu twórcy posuną się jeszcze dalej i umieszczą pośrodku
batalii homosapiensów, którzy za pomocą swojego wybujałego
ego i siły płynącej z techniki spróbują powstrzymać to co
nieuniknione - swoją klęskę. I że wtedy będzie to już wojna
trzech gatunków.
Konflikt rasy Predatorów i Alienów zwanych swojsko Obcymi
przedstawił po raz pierwszy komiks wydawnictwa Dark Horse wydany
na początku lat dziewięćdziesiątych - właśnie ten, który
mieliśmy przyjemność gościć kiedyś w Polsce, a którego
mniej udane kontynuacje nawiedzają co jakiś czas ten i tamten
(amerykański) kontynent. Ci, którym spodobała się (a byli
tacy którym się nie podobało?) inteligentna opowieść jaką
zaserwowali autorzy, dostrzegli w niej olbrzymi potencjał do
wszechstronnego wykorzystania, jednak dopiero zasobni w
odpowiednią wiedzę i talenty spróbowali przenieść rozmach
komiksu do zupełnie innego, bo elektronicznego wymiaru. Gra
"Aliens vs Predator" stworzona przez zespół
programistów o nazwie Rebellion na potrzeby konsoli Atari Jaguar
zawierała już to coś co określa się mianem umiejętności
przemawiania do odbiorcy i swojego czasu dobitnie namieszała w
wyobraźni graczy, dla których możliwość uczestniczenia w
niesamowitym konflikcie (gra była strzelanką jak się patrzy)
wrogich ras była nie lada gratką. Spory sukces finansowy i dość
dobra znajomość porzekadła o nie zabijaniu kury noszącej złote
jajka sprawiły, że twórcy zapragnęli powtórzyć sukces gry
na jeszcze chłonniejszym rynku pecetów. Po wielu miesiącach ciężkiej
pracy i wyrzeczeń, gdzieś w połowie roku 1999 światło
dzienne ujrzała nowa epicka produkcja spod znaku AvP - pecetowa
wersja gry "Aliens vs Predator" i było to dopiero
preludium do prawdziwego boomu jaki produkt rozpętał w kilka
miesięcy potem...
Jaki jest Predator w komiksie? Bardzo przekonywujący, że tak
powiem. Jawi się jako intrygująca hybryda gorszej (bo
wojowniczej) strony człowieczeństwa i ufoka-furiata, przy którym
wszyscy kosmici zarejestrowani w Archiwum X to maminsynki. Jest
kimś w rodzaju samotnego wilka, który świadomie udaje się na
tułaczkę w wybrane rejony kosmosu po to tylko by dać upust
swojemu wrodzonemu zewowi krwi. Swojej miłości do
niebezpiecznej przygody, swojemu instynktowi łowcy. Każda
jednostka Drapieżców to w zasadzie idealny tropiciel - namiętnie
poszukujący wrażeń, rzadko atakujący wprost, za to często
bawiący się w podchody, śledzący swój cel, oceniający go
pod względem sił i umiejętności, dając mu szansę na obronę.
Takiego substytutu fair-play nie posiada chyba żaden z ziemskich
myśliwych, a szkoda, bo Predi to chodząca encyklopedia łowiecka.
Nasi kosmici wiodą oczywiście życie stadne - wysokość w
hierarchii zależy od liczby zaliczonych polowań i zdobytych
trofeów (tak, one nie polują dla zabawy - dla nich każda
kolejna ofiara jest krokiem w kierunku nobilitacji) - czaszek
pokotu, które z prawdziwą dumą mogą sobie powiesić gdzieś
na kominku czy na czym tam sobie życzą. Wyprawy na ustalone
wcześniej łowisko (nigdy nie jest ono dziełem przypadku) wiążą
się z pewnym ryzykiem - w walce o przetrwanie ofiarą być łatwo,
a po słabeuszach nikt łez ronił nie będzie - każdy zdany
jest na własne siły, zręczność i uzbrojenie. Do domu powróci
tylko najlepszy/najlepsi. Grunt, że kasta Predatorów jako ogół
(zdarzają się niechlubne wyjątki - patrz: AvP: Booty, ale
czarne owce zdarzają się w każdej społeczności i nie ma na
to rady) przestrzega zasad kodeksu honorowego wypracowanych przez
poprzednie pokolenia i tylko o tym warto pamiętać. Największym
wyzwaniem dla Predatorów, prawdopodobnie ze względu na szybkie
właściwości rozrodcze w każdym środowisku, są polowania na
Obce, drapieżniki o chitynowym szkielecie, które ze względu na
swoją wrodzoną dzikość i zwierzęcą agresję są szalenie
niebezpiecznymi przeciwnikami. A takich społeczność Drapieżców
uwielbia najbardziej. Na pewno każdemu polowanie kojarzy się z
dubeltówkami i innymi wabikami, i słusznie, bo broń to
integralna część każdego łowcy. Ludzkiego. Ze względu na
kosmiczne pochodzenie Predatorom po prostu nie wypada zasuwać po
jakimś lesie z prymitywną strzelbą w rękach (no dobra - łapach...)
i finką w zębach - ich broń jest wytworem techniki o jakiej
nawet jeszcze nie śniło się naukowcom z NASA. Podstawowa broń
Predatora dzieli się na sieczno-miotaną (ukłon w kierunku
pierwotnych myśliwych) oraz dalekiego zasięgu. Do pierwszej
kategorii zalicza się tzw. Wrist Blade (pozostanę przy
oryginalnej pisowni) - para ostrzy mocowanych na przedramieniu łowcy
służacych do parowania uderzeń i walki w zwarciu, a także do
zdobywania trofeów (czyli nadziewania na nie odseparowanych od
reszty ciała głów pokonanych) - oraz Smart Disc - czyli
miotany dysk o właściwościach bumerangu powracający do właściciela
po rzucie i Telescopic Spear - metalowa włócznia używana do
walki na krótką odległość. Tyle z broni, nazwijmy ją białą,
teraz kolej na bardziej wyszukane "zabawki": Shoulder
Cannon - montowane na ramieniu Predatora działko plazmowe
posiadające elektroniczny system namierzania i celowania,
niezastąpione i bardzo destrukcyjne w starciach na większych
odległościach oraz Launcher - strzelba plazmowa o dużej sile
rażenia. To najczęściej spotykany oręż, ale nie jedyny,
ponieważ rasa Drapieżców kultywuje we wszelkich, nawet mocno
archaicznych typach uzbrojenia, które po odpowiednim
podrasowaniu zamieniają się w ciekawe technologicznie urządzenia
do szerzenia posuchy wśród wrogów. Na pewno wartym odnotowania
wyposażeniem w dobytku przeciętnego łowcy jest też Bio Helmet
- hełm/maska Predatora będąca jednocześnie systemem złożonych
mechanizmów w postaci termowizjerów podczerwieni i
ultrafioletu, systemu sterowniczego Shoulder Cannon oraz
analizatora dźwięku i źródła podtrzymującego życie metanu.
Zbroja umożliwia również stawanie się niewidzialnym dla
otoczenia.
A jaki jest Predator w grze komputerowej Rebellion? Na pewno
lustrzanym odbiciem komiksowego (i filmowego) odpowiednika,
przynajmniej jeśli chodzi o posiadane wyposażenie, wygląd zewnętrzny,
specyficzne umiejętności. Do wyżej wymienionego arsenału należy
jednak dodać kilka rzeczy, jak pistolet strzelający "igłami",
bransoleta wskazująca stopień naładowania broni i kostiumu będąca
jednocześnie doskonałą bronią laserową, lina do wspinaczek,
energotwórcze igły, którymi Predator "leczył się"
w filmie... Wystarczy. Nic tak bardziej nie zachęci do wcielenia
się w postać Drapieżcy jak jego niesamowite wyposażenie.
Niewidzialność, termowizje? Są jak najbardziej na miejscu. Duża
odporność na obrażenia? A już ci - to najbardziej wytrzymała
jednostka w grze. A co z charakterem, z samą ideą polowań,
podchodów mógłby ktoś zapytać. Też nieźle - dzięki
systemowi namierzania wroga (podczerwień, ultrafiolet) i
niewidzialności we wspaniały sposób można unicestwiać
piechurów z korpusu Marines, zadając im śmierć z zaskoczenia,
nawet z bardzo bliskiej odległości - powiedzenie śmierć zagląda
komuś w twarz nabiera tu dosłownego znaczenia. Gorzej jest już
z walką z samymi Obcymi, bo te już nie tak łatwo podejść,
ale da się przeżyć. Świetnie wygląda fosforyzująca krew, która
wypływa z rannego Prediego całymi strumieniami znacząc miejsca
jego bytności (Alieny i komandosi mogą podążać jej tropem),
a zgubioną w ferworze walki głowę przeciwnika można po prostu
nadziać na Ostrza (Wrist Blade) nabijając sobie tym samym
licznik pamiątkowych trofeów. Ale nie jest to polowanie de
facto - bardzo szybko strategiczne podchody ustępują miejsca
pospolitej krwawej jatce, w której liczy się szybkość
klepania w klawisz strzelania. W zasadzie większość pojedynków
odbywa się tak jakbyśmy nigdy nie mieli nad nimi kontroli i
zwycięzca wyłania się dopiero po opadnięciu bitewnej kurzawy
- i niestety nie zawsze jest nim nasz bohater. Myślę, że
odpowiedzialnością za to należy obarczyć dość niewielkie
pomieszczenia, po których przychodzi nam się poruszać - przy
czym ich klimat i wystrój jest bardzo spoko i w ogóle cool
(bazy żołnierzy, opuszczone statki, etc.- wyglądają one jak w
filmie czy komiksie). Ich mała stosunkowo objętość sprawia,
że czasami pozostanie w ukryciu staje się praktycznie niemożliwe.
Dzięki temu uniwersalizm Predatora w grze jest zwyczajnie nijaki
- w miarę jak systemy maskowania i potężna broń, od której
dosłownie rozsypują się w oczach całe kohorty Obcych, stają
się bezużyteczne wraz z wyczerpaniem się specjalnej baterii
odpowiedzialnej za ich działanie, niepokonany łowca staje się
niesamowicie łatwym celem dla kąśliwych ataków Obcych i świetnie
uzbrojonych marines. Ostateczny werdykt to gigantyczny plus za
doskonałą adaptację postaci Drapieżcy na ekrany monitorów i
spory minus za dość trywialną rzeźnię jaka w niczym nie
przypomina emocjonujących łowów. Gdyby choć jeden level gry
rozgrywał się na olbrzymich połaciach dżungli to byłoby już
całkiem inaczej...
No, ale tak się rozgadałem o Predim, że prawie zupełnie nic
nie mówię o Obcych i ludziach. Może najpierw o tych drugich.
Jacy są w komiksie mieliśmy okazję zobaczyć już wielokrotnie
- krusi, bezradni, zawierzający prymitywnej sile ognia. Dlatego
ataki Obcych czy Drapieżców dziesiątkują ich jak dżuma. Właściwie
jedyny sposób zwycięstwa to działanie we ścisłej międzyludzkiej
symbiozie, na co czasami zwyczajnie ich nie stać. I w tym
aspekcie dużą przewagę mają przybysze z kosmosu - potrafią w
razie czego współdziałać i być może dlatego najczęściej
zwyciężają z mizernej jakości człowiekiem i jego żądzą
zdobywania. Postać komandosa w grze komputerowej bazuje na
stereotypach wypracowanych przez resztę gier tego typu
(strzelanek widzianych z oczu gracza) - maksimum uzbrojenia i
minimum strategii. A arsenał marines mają wcale imponujący. Z
ważniejszych pukawek należy wymienić miotacz ognia, wyrzutnię
granatów, rakietnicę oraz kilka rodzajów karabinów
maszynowych, które mają jedną cechę wspólną: są cholernie
skuteczne. Najskuteczniejsze walki przeprowadza się drałując
na wstecznym gdzie popadnie ostrzeliwując jednocześnie nadciągające
niebezpieczeństwo. Bardzo łatwa do opanowania postać i w sumie
niepokonana w starciu jeden na jednego. Standardowe wyposażenie
marines wzorowane na filmowo-komiksowych komandosach to detektor
ruchu i noktowizor, które nie mogą jednak być wykorzystywane równocześnie
oraz flary. Postać mało odporna (na przykład na skoki z większej
wysokości) - po prostu ludzka. Tak w ogóle to nie mam pojęcia
co można jeszcze napisać o żołnierzu, bo jest to prawdziwy
stereotyp jaki znamy z większości gier, filmów i komiksów.
Rasowy komandos, przy którym Rambo jest mało szkodliwym
pikusiem - tak będzie krótko, zwięźle i na temat.
Kolejna rasa biorąca udział w konflikcie to oczywiście Obcy -
rasa śmiertelnie niebezpiecznych i niewiarygodnie szybkich
stworzeń, w których żyłach płynie żrący kwas. Komiksowe
Alieny są zwartą społecznością zdolną do zaaklimatyzowania
się w każdych, ekstremalnych nawet warunkach i dążącą do
opanowania środowiska, w którym przebywają. Zdolności
rozrodcze Królowej stada są zdumiewające - z dziesiątków złożonych
przez nią jaj w krótkim czasie wykluwa się chmara dziatków,
bardzo szybko poszukujących swoich pierwszych (i zarazem
ostatnich ofiar - patrz: dalej). Zresztą kolejne stadia rozwoju
Obcych to całkiem nieźle przemyślany cykl biologiczny. Na początku
jest oczywiście Egg czyli jajo - pierwsze stadium życia Obcego,
który do wyklucia się potrzebuje żywiciela - istoty opanowanej
przez tzw. Facehugger'a, obrzydliwe krabopodobne stworzenie jakie
wielokrotnie przewija się przez strony komiksów. Facehugger będący
drugim stadium, przyczepia się do twarzy żyjącej jeszcze
ofiary, wszczepiając embrion do jej wnętrza przez otwór gębowy,
po spełnieniu swego zadania odczepia się i odchodzi do krainy
wiecznej obrzydliwości. Cykl rozwoju Obcego we wnętrzu żywiciela
nie trwa długo i na pewno nie należy do najprzyjemniejszych -
rozwinięty Chestburster (trzecia faza rozwoju) wychodzi na wolność
prosto przez klatkę piersiową ofiary i wcale nie jest to miły
widok. Podobnie jak wygląd samego maleństwa. Dorosłe stadium
Obcego zwie się Adult i jest to forma całkowicie przystosowana
do życia w kolonii i obrony stada - zabójca doskonały. W
rozwiniętej kolonii może ich być całe mnóstwo, nawet tysiące.
Tysiące doskonałych zabójców - to nie brzmi przyjemnie,
prawda? I ludzie występujący w komiksach o Alienach również
tak uważają. Domorosłe osobniki dzielą się na dwie frakcje:
Drone (Truteń), którego zadaniem jest sprowadzać żywicieli
dla obleśnych Facehugger'ów oraz Warrior, którego cel to
obrona kolonii i królowej-matki (Queen). Królowa to ostatnie
stadium rozwoju poczwar - jedna kolonia to jedna matka i zwykle
tysiące gotowych na wszystko (a na pewno na śmierć) Obcych, która
utrzymuje kontakt drogą telepatyczną z każdym ze swoich
dzieci. Składa jaja i potrafi ich bronić do samej śmierci. A
zabicie jej nie jest wcale takie proste... Tak kształtuje się
ta zwariowana rodzinka. Bronią obcych jest to czym obdarzyła je
natura - ostre pazury, równie niebezpieczne zębiska i długi śmiercionośny
ogon, którym wywijają jak Wołodyjowski szabelką. Ale ten
obraz przecież znamy doskonale z komiksów, a jak jest w grze?
Wdechowo. Nigdy nie przypuszczałem, że bycie Obcym to taka
frajda. Komiksy przyzwyczaiły do pewnego schematu i zawsze
traktowałem Alieny jako bezduszne maszyny do zabijania, atakujące
gromadą i rozrywające przeciwników na strzępy, ale wizerunek
tych drapieżników w grze nabrał całkowicie nowego odcienia.
To znaczy w misjach wymagających walki z nimi są odbiciem
komiksowych poczwar - ich szybkie i zawzięte ataki to zmora
Predatorów i marines, ale opcja wcielenia się w lśniące ciałko
drapieżnika zmienia ten punkt widzenia o jakieś trzysta sześćdziesiąt
stopni. Po pierwsze gra Obcym zasypuje gracza nieziemskimi wrażeniami
- Obcy zasuwa jak perszing i wszelkie próby namierzenia go bronią
przez przeciwników zwykle spełzają na niczym. Choć nie jest
szczególnie odporny na obrażenia zadawane przez przeciwników,
rekompensuje to swoją niską wykrywalnością - bieganie po
wyznaczonych traktach nie jest szczególnie emocjonujące, ale
Obcy ma tą wspaniałą właściwość, że potrafi drałować po
każdej powierzchni bez względu na jej położenie w pionie,
poziomie czy po skosie wprowadzając adwersarzy w maksymalną
dezorientację. Nie dość, że doskonale widzi w ciemnościach
(ach, ten jego specyficzny sposób patrzenia) to jeszcze mieści
się praktycznie w każdej szczelinie, w każdym wąskim
korytarzu, do którego nie ma dostępu żadna inna rasa. Szybkie
biegi na dezorientację pozwalają na niespodziewane, czasem wręcz
bezkarne ataki ogonem lub pazurami i znikanie w ciemnych
szczelinach bez uszczerbku na zdrowiu. Po chwili można (a nawet
trzeba) wrócić by dokończyć dzieła zniszczenia. Trudno też
nie docenić łakomstwa Obcego na łepetyny swych ofiar - te
stanowią doskonałe źródło ożywczej energii, która przecież
nadwątla się w bojach. Wcielenie się w postać Obcego możliwe
dzięki grze Rebellion napawa nieziemskimi emocjami i bez
ukrywania przyznam, że to moja ulubiona rasa w grze (w komiksach
bez dwóch zdań rządzi Predator). Bardzo polecam. Wcielając się
w Predatora lub komandosa przeciwstawić się trzeba nie tylko
formie Adult, lecz i innym stadiom Obcego - po podłogach biegają
przyprawiające o ciarki na plecach Facehugger'y, których atak
zwykle kończy się śmiercią, ponurą ozdobą wielu lokacji są
jaja złożone przez Królową, z czasem pojawiają się
specjalne jakby trochę zmutowane dorosłe poczwary, a zapewne w
niedługim czasie także i sama matka. Piszę zapewne, bo nigdy
nie miałem przyjemności spotkania monstrualnej mamuśki, a to
dlatego, że gra jest szalenie trudna i wymagająca... Oczywiście
z czasem w walkach biorą udział trzy rasy - pomyśl: jesteś
komandosem i właśnie dostałeś w zęby ostatnią łuską
wyplutą przez wypróżniony do cna magazynek, a za tobą leci
chmara Obcych, wskakujesz w jakiś korytarz z nadzieją, że uda
ci się zgubić prześladowców i nagle zostajesz skoszony przez
wirujący dysk wysłąny wprawną ręką Predatora... Przerażające,
prawda? Oczywiście, że tak. Za odzwierciedlenie (choć w sumie
nie wiadomo czy doskonałe - nikt przecież Obcych tak naprawdę
nie miał przyjemności wybadać) bez rzępolenia należą się
autorom gry olbrzymia szóstka. A najlepiej trzy obok siebie. Bez
jaj - Obcy in game dosłownie wymiata.
Jak podsumować ten pojedynek realiów zawartych w komiksie i
grze, jakość adaptacji? Pozytywnie i tylko pozytywnie. Komiks
wygrywa kreatywnością i skomplikowaniem świata, gra emocjami,
których dostarcza w nadmiarze. Kto liczył na inny werdykt, ten
wypad, bo AvP komiks i AvP gra doskonale się uzupełniają - to
drugie daje przecież możliwość "wejścia" w ciało
ulubionej rasy i spróbowanie jak to jest, a pierwsze to
klasyczne s-f, które czyta się jak dobrą powieść. Wszak to i
jest dobra powieść, tyle że komiksowa. Kończąc zdradzę, że
tekst pisałem targany wyrzutami sumienia - czy aby w ogóle
wypada porównywać coś tak skrajnie różnego - ale próba poczęcia
tego karkołomnego przecież porównania okazała się bardzo
kusząca i mam nadzieję ciekawa. Oczywiście gdyby było wspak,
proszę o wyrozumiałość i obdarzenie moich wysiłków lekkim
przymrużeniem oka. Żeby nie było mi tak do końca przykro. Tak
poza tym to czytać i grać!
(Broos Li)