Krótki poradnik studiowania na AGH

CHRONOLOGIA.
Pierwszy rok studiów to przede wszystkim przedmioty ogólne. Powtarza się rzeczy ze szkoły średniej (czasem z podstawowej;)). Wtedy to następuje rzeź niewiniątek. Zjeżdżają się miliony osób łaknących wiedzy, wolności, tytułu, i Bóg jeden tylko wie czego jeszcze. I co? Wykładają się na dość prostych rzeczach (nie mówię o kreskach!). Dostają między oczy od wykładowców. W czasie dwóch pierwszych semestrów uprawiana jest przez tych drugich tzw. masówka. Objawia się to naładowaniem maksymalnie dużej ilości materiału z jednoczesnym zastraszeniem studenta, że to wszystko trzeba zaliczyć pierwszym terminie (a najlepiej w zerowym!), bo potem będzie mało czasu na ustalenie drugiego terminu, a tak w ogóle to pan wykładowca nie ma na nic i dla nikogo czasu itd. itp. W tym ogólnym młynie ludziom często pada psychika i rezygnują nie ze względu na własną niewiedzę, tylko ze strachu że sobie nie poradzą. A to błąd! Duży błąd!
Dobra rada: Przetrwać! Walczyć! Nie sugerować się paplaniną wykładowców, bo jest to celowe straszenie celem usunięcia jednostek najsłabszych i nieprzystosowanych do życia w społeczeństwie. Na 1-szym roku odpada ok. 30-40% delikwentów.
 
Rok drugi to katorga laborek, sprawozdań i kolokwium zaliczeniowych. Okres ten to koszmar poplamionych fartuchów, kwasów solnych, fenoloftaleiny (chemia fizyczna), wciskania, wyciskania przycisków z jednoczesnym udawaniem że coś się stało, gdy nic nie działa i nic się nie stało (fizyka), oraz to co tygrysy lubią najbardziej - sprawozdania. To przekleństwo każdego studenta i raj dla " fachowców" z akademików. Za skromną opłatą zdobędziesz sprawozdanie do wszystkiego, co żywe i na drzewo nie ucieka :). Tak, na drugim roku stracisz dużo kasy na laborki a to co ci zostanie, starczy na chleb (niekoniecznie z masłem). Adresów nie podaję, zainteresowani znajdą szybko odpowiednie "kanały informacyjne".
Dobra rada: Nie odpuszczać! Kombinować, załatwiać, dawać w łapę! Dla kadry zaczynacie bardzo powoli stawać się ludźmi, ale nie przesadzajmy, na uścisk dłoni prezesa nie liczcie. Na drugim roku z tego co zostało odpada średnio 20% ludzi.
 
Na trzecim roku zmienia się dość diametralnie kategoria przedmiotów. Zaczynają dominować przedmioty "zawodowe", tak mówiąc między nami nikomu do niczego nie potrzebne, ale dające nieźle popalić. Dominującą rolę przejmują tutaj ćwiczenia, czyli krótkie sprawdzianiki, dłuższe kolokwia i baaaardzo długie egzaminy. Nie zliczycie godzin, dni, tygodni i miesięcy, które poświęcicie na łażenie za zaliczeniem pojedynczego przedmiotu. Nie raz i nie dwa ogarnie was zwątpienie, czy to w ogóle da się zaliczyć, ale nic to. Prowadzący będzie w końcu miał was serdecznie dość, i tu upatrujcie swoją szansę - czytaj: łatwe pytania poparte wyjściem faceta z sali "na dymka", ewentualnie skromny prezent (jak powiedział jeden z moich kumpli "0,75 L wiele by tu wyjaśniło") .
Dobra rada: Jak nie idzie, wprowadź w życie cotygodniowe odwiedziny u Pana Profesora, obowiązkowo pod krawatką w gajerze (dużo się ściąg w kieszeni i rękawach mieści), częste tytułowanie (lepiej przesadź, broń Boże nie degraduj faceta), w rozmowie zamiast przecinka używaj "proszę" i "dziękuję", w ostateczności uderzaj do opiekuna roku lub dziekana z dobrą nawinką (tylko nie pieprz o jakiś chorych babciach i pogrzebach, niech to będzie coś bardziej oryginalnego np. problemy psychologiczne, rodzice alkoholicy i nie masz się gdzie uczyć, jesteś jedynym żywicielem rodziny i dziecko rycząc nie daje ci się uczyć, szef firmy w której pracujesz nie chce cię zwalniać na zajęcia, ale ty jesteś ambitny i kopiesz rowy z zeszytem przywiązanym do szyi itd.) Pamiętaj o jednym: na trzecim roku jesteś już w miarę normalnym człowiekiem, czasem dasz radę nawet coś załatwić bez zbędnego lizania dupy. Na trzecim roku odpada ok. 5% z tego co zostało.
 
Rok czwarty, to już rok względnych luzów, przedmioty tylko kierunkowe, czasami ciekawe, czasami bleeee... Wykładowca to prawie przyjaciel, pogadaj, załatw, umów się na kawę ... khe, tzn z panią asystentką. Na czwartym roku się nie odpada, no chyba że grasz w h...manistę do przesady.
Dobra rada: rozglądaj się za dobrym tematem na pracę, a przede wszystkim za dobrym promotorem !!!
 
Piąty rok - będę wiedział za parę miesięcy, ale zna, tylko jednego mena, który tego nie przeszedł, ale skoro olał pracę dyplomową .....
 
Generalna uwaga: Stary! powyższe uwagi nie mają zastosowania, jeśli lubisz kuć !!!

 

STUDENCI
Z własnych doświadczeń, obserwacji i interakcji ze studenckim otoczeniem wywnioskowałem, że istneją 4 podstawowe typy studentów: luzak, normalniak, bystrzak i dziobak.
 
Luzak jest postacią barwną, charakterystyczną, łatwo wyróżnialną z tłumu. Słowa "nauka", "ambicja" budzą u niego odrazę, natomiast nad wyraz łatwo sobie przyswaja i wdraża pojęcia "balanga", "krówka", "tatanka" itp. Luzaki to goście, którzy najczęściej znaleźli się na uczelni przypadkowo (nie z własnej chęci) np. z nudów, bo kumple też poszli, uciekinierzy przed wojskiem, skierowani przez zakład pracy itd. Gatunek ten charakteryzuje totalny olew nauki, zero uczęszczania na zajęcia, częste wizyty w okolicznych pubach lub ewentualnie w dziekanacie (po papierek na komisję). Często bywa tak, że człowiek jest wyczytywany na zajęciach, a nikt nie wie jak on w ogóle wygląda. Wynik łatwo przewidzieć: 90% luzaków nie przetrwa 1-go roku, pozostałe 10 % wysypuje się na drugim. Facet rozstaje się z uczelnią bez żalu.
Normalniak to jeden z częściej spotykanych typów uczelnianych. Ten element w odróżnieniu od luzaka kurczowo trzyma się uczelni, oprócz chęci niewiele w zamian oferując. Czy to z lenistwa, czy nieuzwojonego mózgu, goście wycierają tyły gdzie się tylko da. Sytuacje podbramkowe łatają zwolnieniami, zaświadczeniami, podaniami, obietnicami i czym się tam jeszcze da. Objawiają dwa talenty: pisarski (kiedy trzeba napisać ściągę i iluzjonistyczny (kiedy tej ściągi trzeba użyć). Droga do sukcesu normalniaka wygląda mniej więcej tak: pierwszy rok przychodzi z 2-3 przedmiotami nie zaliczonymi, drugi rok to kolejne plecy (5-6 przedmiotów). W tym momencie część się wysypuje i powtarza drugi rok, ewentualnie dzięki szczęściu łapie warunek i przechodzi na rok trzeci. Tutaj sprawa jest o tyle poważna, że cierpliwość dziekana zaczyna się lekko wyczerpywać i większość "sztuczek" przestaje działać, zostaje więc albo siąść na rok, albo dziekanka, albo kolejny warunek (to najlepsze). W związku z powyższym na czwartym i piątym roku znajdują się z reguły normalniaki z dłuższym stażem uczelnianym niż by to wynikało z metryki, za to z dużym bagażem doświadczeń, co pozwala im przesmyrnąć się do obrony. Temat na pracę obierają znośny, dzięki czemu znajomy (lub nawet oni sami) są w stanie poradzić sobie z napisaniem i obroną. Na obronie dostają propozycję: 3 od ręki, coś więcej jeśli coś jarzą. I co? I bronią się, a potem słyszy się o "niedouczonych inżynierach", ale kto na to zwraca uwagę, papierek jest i basta! Normalniak wykrusza się na studiach nieporównywalnie wolniej, niż luzak.
 
Bystrzak jest elementem najczęściej spotykanym na AGH. To taka "opoka", na której opiera sięt całe środowisko studencko-nauczycielskie. W ogólnym pojęciu jest to ulepszona wersja normalniaka, coś jakby Maluch i Matiz (zastosowanie podobne, ale klasa wyższa). Bystrzak też zbiera cięgi, zalega, nie uczy się, ale mając dwa fałdy więcej gdy trzeba przysiądzie, a czasem i zatrybi o co chodzi. Dzięki temu studiowanie dla niego nie jest zbyt bolesne, a nawet dość przyjemne. Czasami coś podpowie, pożyczy dobrą ściągę, , da skserować laborkę, generalnie jest to typ lubiany i popularny (szczególnie przez normalniaków). Dzięki temu niejeden bystrzak łapie się na darmowe piwko, stawiane przez wdzięcznych współpobratymców. Temat na pracę wybiera nie za trudny, jednak gdy mu się chce (rzadko!) to może zaszaleć. Broni się bez trudu.

 

WYKŁADOWCY
Można różnie podzielić wykładowców, do mnie najbardziej przemawia kryterium podziału na: równiachę, konkreciarza i skurwiela.

Równiacha to raj dla studenta. Facet wyluzowany, podchodzący do studenta na zasadzie "chcesz to się ucz, nie to nie, i tak zaliczysz". Reguły gry odkrywają często od razu, czasem tak dla jaj trochę cię postraszą, podenerwują. Często kryterium zaliczenia jest samo uczestnictwo w zajęciach, nieraz mile widziany jest załącznik. Równiachę w zasadzie można spotkać na każdym roku, a częstotliwość natrafienia na niego jest bliżej nie określona.

Konkreciarz jasno określa swoje wymagania co do studenta, najczęściej jest to obowiązkowa obecność na zajęciach plus jakiś tam zakres materiału, nie za duży. Z konkreciarzem nie jest tak wesoło jak z równiachą, ale da się wytrzymać. Zazwyczaj musisz trochę się pomęczyć, lekko obkuć lub choć udawać zainteresowanego. Czasem to pomaga.

Skurwiel to przekleństwo każdego roku. W zasadzie nie zdarza się, żeby w semestrze nie znalazł się choć jeden taki tyran. Facet traktuje swój przedmiot, jakby był najważniejszy (choćby to była Inżynieria Środowiska), daje od cholery materiału, z czego albo się nic nie kuma, albo jest to niestrawne. Walka z takim facetem to nieustająca męczarnia, próba przekupstwa z góry skazana jest na niepowodzenie, a ilość kolejnych podejść do zalliczeń liczy się w dziesiątkach. Jeszcze pół biedy jeśli gość da ci możliwość n-tego podejścia, zdarzają się bowiem tacy, co dają termin, a jak nie zdasz to komis i ewentualnie pa pa... Oczywiście rzadko zdarza się ewidentny przedstawiciel z danego gatunku, równiacha lub konkreciarz summa sumarum może okazać się gnojkiem, a skurwiel równym facetem (choć na to zbyt nie liczcie, są przypadki do policzenia na palcach jednej ręki).

Generalizując, studiowanie to z jednej strony dość męczące zajęcie, w którym przydaje się choć trochę szczęścia (lepszy wykładowca, fajniejsi kumple), a z drugiej strony życie na luzie, imprezy towarzyszące (choć dziś prawdziwych juwenaliów już nie ma), zniżki w tramwaju ;-) i kupa innych przyjemności. Dobra rada: idźcie na studia !!!

Możesz się dowiedzieć mnóstwa rzeczy o AGH odwiedzając ich stronę http://www.agh.edu.pl

 

Fulko de Lorche