American Beauty - mini recenzja.

Ostatnimi czasy w kinach pojawiało się kilka filmów krytykujących Amerykę i jej obyczaje. Tu mamy do czynienia z takim właśnie zjawiskiem.
American Beauty to nic innego, jak ziszczenie słynnego "Amerykańskiego snu". Bohaterem filu jest Lester. Stereotypowy Amerykanin, mający dobrą pracę, dorastające dziecko, żonę zajmującą się pięknym ogródkiem obok pięknego domku znajdującego się na pięknym osiedlu mieszkaniowym. Czyż nie sielanka? Lecz już początek filmu świadczy, że chyba jest tu coś nie tak. Lester, narrator, mówi: "Oto ja. Właśnie onanizuję się pod przysznicem. To najpiękniejsza chwila w dniu." Cóż, Hitchcock jednak jest nieśmiertelny: czyz to nie jest jego "trzęsienie ziemi?'. Później jest jeszcze ciekawiej... Ale niech nikt nie pomyśli, że ten film jest komedią. Jest to "obyczaj". Ale o ile ten gatunek jest chyba najsłabiej w kinematografi reprezentowany (no bo ani się pośmiać, ani popłakać;), to AB jest chlubnym wyjątkiem. Gdyż jest filmem ocierającym się o genialność. Poruszone zostają ważne sprawy, lecz nie na sposób przeintelektualizowany, ani strywializowany - po prostu doskonale wyważony tak, aby każdy mógł znaleźć coś dla siebie.
Głównym tematem filmu jest życie człowieka, który nie widzi szans na jakąkolwiek lepszą przyszłość - nie sypia z żoną do kilku lat, córka go szczerze nienawidzi, ma problemy w pracy (chcą go wywalić), ogólnie życie staje się dla niego beznadziejne. Traci nadzieję. Ale w pewnym momencie następuje zmiana. Ten dorosły człowiek zakochuje się w przyjaciółce swojej córki. Zmienia się nie do poznania, nagle zaczyna postrzegać życie, nie jako ciąg nudnych, powtarzających się wydarzeń, ale takim, jakie ono jest w rzeczywistości. Wolnym wyborem. Dotychczas nasz bohater był typowym Amerykaninem - wychowanym na klasycznych systemach wartości. Asertywność, poprawność poliytczna... Nagle to odrzuca. Po kolei odchodzi od całego swojego wcześniej wykreowanego wizerunku. Rzuca pracę, zatrudnia się w barze przy produkcji hamburgerów, zaczyna palić trawkę, intensywnie ćwiczyć (wraz z dwoma homoseksualistami z domku obok), słowem: żyć. Nie jak zwierzę w ZOO, lecz jako nieskrępowany sztywnymi regułami człowiek. Dalej nie opowiadam...
Oczywiście - nie w tej "miłości" tkwił bodziec do przemiany. Myśl ta nawiedziła by każdego normalnego człowieka - zauważającego naokoło siebie całą obłudę i idiotyzm świata i praw nim żądzącym.
Lecz nie na Lesterze się film kończy. Kolejną ciekawą postacią jest chłopak jego córki, sąsiad. Jest on synem pułkownika piechoty armii. Pomimo wielkiej musztry w domu, chłopak zachowuje swoją "wrażliwość". Handluje trawką. Ogromne pieniądze jakie z tego ma przeznacza na sprzęt video - ma w domu ogromną liczbę kaset z bardzo nietypowymi nagraniami. Tu jest uwidoczniona własnie genialna "dziwność" tego filmu. Podczas pokazu filmu, na którym "tańczy" na wietrze foliowa torebka. Niby nic - żadnego przesłania, ale sama możliwość postrzegania piękna w tak prozaicznym widoku świadczy już o geniuszu...
O American Beauty można napisać książkę. Ale ja się tego podjąć nie zamierzam, bez obaw. :) Jednak chcę Was zachęcić, abyście na ten film poszli. Jeśli jeszcze nie byliście oczywiście. :) Bo nie można się nazywać kinomanem, czy chociażby skromnym amatorem filmowym, nie obejrzawszy uprzednio choćby raz jednego z najwybitniejszych produkcji ostatnich lat.

Qn`ik