R E T R O S P E K C J A
Rafał Wieliczko
CD-Action nam się rozrasta, z miesiąca na miesiąc, z roku na rok... Ku uciesze
czytelników, redaktorów i wydawców. Wiadomo... Czytelnicy otrzymują ciekawą gazetę,
redaktorzy mają dobrą stałą pracę, wydawca zarabia na rosnącej wciąż popularności
pisma... Tylko się radować.
Poza działem gier pojawiło się mnóstwo informacji o sprzęcie, trochę o Necie i kilka
dodatkowych malutkich kącików cieszących oko i serce, jak choćby Na luzie czy Action
Redaction.
A jednak ciągle trzyma się pogląd, że CDA jest pismem wyłącznie o grach. Wiadomo, do
tego najczęściej wykorzystywany jest komputer przez większość użytkowników
komputera w przedziale wiekowym 15-25 lat. Gry komputerowe są powszechną rozrywką i CDA
często jest traktowane właśnie jako pismo o nich. Na szczęście (dla większości) nie
pojawia się kącik gier konsolowych, bo te głównie zaliczają się do czystych zręcznościówek
(chociaż znajdą się nieliczne chlubne wyjątki). Ja sam mieszczę się jeszcze w
podanym wyżej przedziale i choć obecnie
nie mogę sobie pozwolić na długie i częste granie ze względu na olbrzymią ilość
czasu spędzaną przy pracy z komputerem, bardzo często z
rozrzewnieniem wspominam moje początki, klasykę gier i emocje z nimi związane... O tym
właśnie chcę napisać, o nostalgicznej podróży po
wspominkach z gier, jakie przewinęły się przez moje kolejne komputerki...
Zacząłem bardzo prozaicznie, omijając takie giganty jak Atari czy ZX Spectrum i usiadłem
od razu przy wspaniałym C-64! Maszynka, z której pod koniec jej popularności programiści
wyciskali efekty, o których nie mieli pojęcia nawet twórcy. Commodore 64 podłączony
początkowo do czarno-białego telewizora, następnie z radością przerzucony na
telewizor kolorowy działający w zachodnim systemie wizyjnym. To była
radość! Ujrzeć wreszcie ukochane 16 kolorków zamiast zlewających się szarych
plamek... I gierki jakoś inaczej wyglądały... Mój pierwszy cartridge: Moon Patrol,
znany z automatów w salonach gier. Kolejne księżyce, przeskakiwanie min, zestrzeliwanie
NOL-ów i ten nieodparty pęd do przodu. A potem również słynna swego czasu zręcznościówka
automatowa PacLand, okrągła główka z rączkami i wielkich butach biegająca po
miasteczkach, górkach, kaktusach... Kto w to grał, ten pewnie pamięta machanie
joystickiem do bólu ręki przy przeskakiwaniu dłuuuuuuuugiego basenu bodajże w czwartym
lewelu... Ech, gdzie te czasy.
Z taśmy wgrywało się pożerającą długie godziny nocne gierkę Rick Dangerous,
historyjkę o przygodach synka naszego dobrego znajomego Indiany Jones’a. I choć
pierwsza część cieszyła się sporą popularnością, o tyle druga już takiej furory
nie zrobiła. Chyba się przejadło a i główny bohater wyglądał jakoś inaczej. Zabrakło
mu charakterystycznego szmacianego kapelusza i w ogóle był taki jakiś dziwny...
Wielką radość sprawiło mi kupno długo oczekiwanej stacji dysków. Teraz można było
pogrywać w pozycje do tej pory nieosiągalne, ze względu na długość gry. Dzięki temu
do tej pory z łezką w oku wspominam niesamowite przygody sympatycznego kurczaczka w New
Zealand Story, wielką strzelaninę w Midnight Resistance, czy pełne napięcia chwile
przy zaliczaniu kolejnych bunkrów w Airborne Ranger. Kto miał Commodorka w tamtych
czasach z pewnością pamięta te tytuły i (być może) przyzna mi rację.
Przyszedł czas na ambitniejsze gry i pojawiła się konwersja z Amigi: Elwira. Seksowna
“władczyni ciemności” na długo zapanowała w mojej stacji dysków i cieszyłem się
jak dziecko mogąc przechodzić wciąż dalej i dalej. Jak na tamte czasy grafika była
kapitalna a sama gra rozbudowana jak mało która. Były co prawda różnice w stosunku do
oryginału Amigowskiego, ale dające się wybaczyć. Pamiętam jednak, że byłem mocno
zawiedziony, gdy dowiedziałem się, że na Amidze można w ogrodzie postrzelać sobie z
łuku a programiści przy C-64 o tym zapomnieli...
Wspaniała grafika i niezły dźwięk, jakie w tym czasie oferowała Amiga 500 sprawiły,
że uprosiłem rodziców, by udzielili mi “kredytu” i za (pamiętam dokładnie!) pięć
milionów siedemset pięćdziesiąt złotem kupiłem “Przyjaciółkę”. Dwie pierwsze
dyskietki jakie kupiłem zawierały upragniony przeze mnie “Another World”. Starzy
wyjadacze uśmiechną się na pewno, gdy powiem, że wielokrotnie przechodziło się wyłącznie
ostatni level po to, by usłyszeć końcową muzyczkę i zobaczyć, jak nasz bohater
ulatuje w chmurki...
I na Amidze już tytuły ekstra gier można mnożyć w nieskończoność. Ot, chociażby:
Wolfchild z pierwszym intrem robionym w formie filmu animowanego, Dragon’s Lair i Space
Ace, które zachwycały swoją grafiką, gdyż sama gra polegała wyłącznie na wykonaniu
w odpowiednim momencie ruchu joystickiem w określoną stronę i niesamowity rarytas,
jakim był późniejszy Moonstone na trzech dyskach i jako jeden z pierwszych wymagający
1 MB pamięci. Wyłącznie dla tej gierki dokupiłem rozszerzenie... Wiele godzin zarwało
się też w momencie gdy pojawiła się Civilization w wersji na Amigę, nie mówiąc już
o cudownych przygodówkach od Gobliiins poczynając, poprzez Lure of the Temptress, a na
Simon the Sorcerer, który zajmował aż dziewięć dyskietek, kończąc.
Na PC-ta przesiadłem się w czasach, gdy pojawił się Doom II. I tego okresu nie ma
chyba raczej sensu opisywać, gdyż wiadomo, jaka była atmosfera tamtych dni. Wystarczy
wymienić tytuły, by rozgrzać krew: Doom, Doom II, Quake i wiele, wiele innych, które
na stałe weszły już do klasyki gier. I chociaż na “blaszaku” działam już czwarty
rok, to jednak najmilej wspominam godziny spędzone na błogiej rozrywce przy C-64 czy
A-500. Wtedy człowiek nie miał obowiązków w pracy, rodzinnych, nic mu nie zawadzało,
a teraz: praca, praca, praca, praca i godzinka grania. Nawet nie ma czasu przejrzeć
wszystkich demek zawartych na płytach CDA, wybiera się tylko te najlepsze...
Wspominki czas skończyć z nadzieją, że inni dołączą parę swoich uwag na temat
dawnych gierek, wspaniałych tytułów, które odeszły w zapomnienie, przyćmione
blaskiem Quake III, Unreal, StarCraft czy Tiberian Sun. Mam szczerą nadzieję, że stare
gry żyją jeśli nie na zachowanych z sentymentu starych taśmach i dyskach, to
przynajmniej w sercach. Mam rację? Zapraszam...
Rafał Wieliczko